Grzywka Niesforna

kilka słów o niesforności własnej

myślę o…

luty7

…całym liryzmie i pięknie i okrucieństwie zwykłego ludzkiego życia…

I może trochę o Trishowym bujanym fotelu, że gdyby ktoś mi dał okno i taki fotel - mogłam bym w nim przesiedzieć całą wieczność. Bo choćby życie kwitło całe rozpasane w tej dzikości, jest gdzieś we mnie głęboko ta potworna cisza i może teraz po prostu rozumiem, że ona nie zniknie… i że całe to życie pełną piersią jest tylko sposobem nas wszystkich, by o tej ciszy w sobie zapomnieć.

O tym strasznym smutku własnego istnienia i o tym braku.

Całe to tempo i szaleństwo upartego trwania… nic nie zmieni, wszystko jest tylko plastrem.

Mogę usiąść, albo uciekać nawet od tej myśli by usiąść i od lat nie widzę żadnego innego wyjścia.

Wszystko jest złudzeniem.

Po co mi świadomość?

a dni płyną i płyną…

luty7

I pewne rzeczy się zmieniają a inne pozostają niezmienne.

Niektórych osób ubywa z mojego życia, chociaż wcale tego nie chcę. Są coraz dalej wraz z upływem czasu i przez brak tego czasu. Kropelka po kropelce przelewają mi się przez dłonie…

A ja dzielę czas na pracę w firmie i pracę po pracy w firmie, ale nadal dla firmy, na Miłego mego, na ostatnich, walczących o spotkania ze mną znajomych, na znajomych Miłego, na kurs prawka, na stęsknione koty i na mamę, i w końcu, na szarym, szarym końcu - na sen.

Jest 23 a ja usypiam na siedząco po długim, skomplikowanym dniu.

Zrobiłam się trochę bardziej miękka dla tych co są blisko, bliziutko i bardzo twarda, surowa dla tych co odrobinkę dalej. Już nie przeraża mnie brak niektórych uczuć do ludzi, chowam się za nim, wykorzystuję go skutecznie. Nikt nie wie, jak bardzo trudno jest zdobyć moje serce, ani jak trudno jest je utrzymać. Jest jak górski kamień, który bardzo ciężko ogrzać. I ja też trochę jestem jak on, czasami straszna w tym swoim chłodzie, który skrywam za uśmiechem i uprzejmością. Długo ugodowa, a potem złośliwa bezwstydnie i celnie. Nie napiję się wódki z tym, którym gardzę. Gardzę brakiem świadomości, niekonsekwencją, okrucieństwem, bezmyślnością… o mogłabym tak wyliczać i wyliczać.

A wreszcie na końcu - ja po prostu niezbyt lubię ludzi w ogóle i z trudem się do nich przywiązuję.

Ale… jesteście też Wy - moje serce zdobyliście dawno temu swoją własną osobnością. Mogę z Wami rozmawiać raz na rok, mogę sporadycznie napisać posta na blogu czy komentarz na tablicy na facebooku, mogę nie rozmawiać z Wami pokłócona do końca życia - a jednak czuję w sobie taką ilość czułości i ciepła i radość z tego, że właśnie to czuję, bo chyba właśnie dzięki temu wiem, że nie jestem kamieniem do końca.

Więc wybaczcie, że jest mnie mało i coraz mniej. Chwilowo nie mam wyboru - życie samo decyduje.

Powrót

styczeń29

Powietrze pachnie. Wszędzie śmieci, wszędzie bieda, chude krowy, dzieci, które cieszą się z cukierka, kobiety, które cieszą się z chleba, a powietrze pachnie.

Kapłani, których posępne twarze budzą respekt. “Odkrywane” przez archeologów ruiny - z których, od czasów świetności, obsypało się zaledwie kilka kamieni… Olbrzymi Park Narodowy, w którym żyje aż… 16 słoni. Gigantyczne nowoczesne miasta, ruchliwe ulice, na krawężnikach których przysiadają plotkujące kobiety, chodzący po poboczach dróg uśmiechnięci transwestyci - “jesteście super” mówią i podobno przynoszą szczęście.

A na skrawkach wolnej przestrzeni - namioty Nietykalnych…

Wysyłam do stojących po przeciwnej stronie drogi uczennic całusy w powietrze - za chwilę wracają do mnie zwielokrotnione wprost z uśmiechniętych od ucha do ucha twarzy. Mali chłopcy na każdym kroku chcą by robić im zdjęcia, a potem pokazywać jak wyszli na wyświetlaczach aparatów. Gdy czekamy na nasze szyte na miarę sari - rozmawiam z muzułmaninem, który opowiada mi o swoich podróżach do Paryża, Londynu, Kairu, Szanghaju… Gdy jemy lunch w pobliżu wsi, na trawce, pod figowcami - okoliczne dzieci chodzą za nami krok w krok i na skorzystanie w samotności z pobliskich krzaczków - nie ma nawet co liczyć ;)

Wchodzę bosa do chłodnych świątyń, kapłani z powagą pozują do zdjęć o które proszę. Paski na ich czołach mówią, do którego boga się modlą - poprzeczne do Wisznu, podłużne - do Sziwy. Bogowie mówią tu innymi językami. W lasach mieszkają niebezpieczne boginki. Gdy odzywam się do nich milczą. I to jedyny moment, gdy odczuwam swoją obcość. Ale pochylam głowę nad świętym ogniem, piję z dłoni świętą wodę, a czoło zdobi czerwony ślad zrobiony przez mistyka, o nieludzkim spojrzeniu…

O cenę naszyjnika targuję się przez pełne dwa dni. W końcu dobijamy targu - uśmiechnięci i zadowoleni. On właśnie dostał równowartość wypłaty - ja z kolei, właśnie kupiłam naszyjnik za bezcen. Rikszą jedziemy za parę polskich groszy, pijemy sok świeżo wyciskany z trzciny cukrowej za parę złotych, niewiele więcej płacimy - za świeży sok z ananasa.

Namastē - mówię do rodziny, która tłumnie wyległa przed dom, koło którego przechodzimy. Dzieci w skupieniu obserwują, jak ja - kobieta - zapalam papierosa. Rikszarz w jednym mieście proponuje nam knajpę z marihuaną, w innym - pyta czy mamy ochotę na haszysz… Moje białe nogi w krótkich spodenkach wprawiają w osłupienie sporą grupę wracających ze szkoły dziewczynek ;)

Schowana za kolumną, w ciemnej świątyni Kriszny obserwuję, jak cała rodzina modli się i rozmawia z kapłanami. Młoda matka z dzieckiem na ręku siedzi niemal u moich stóp, ale mnie nie widzi. Jakaś kobieta podaje kapłanowi reklamówkę z ofiarami i w skupieniu coś tłumaczy. Brzęczą drobne monety rzucane na talerzyk, pachnie jaśmin i kadzidła. W innej świątyni, za rogiem, po prawej od głównego ołtarza, gryzący dym wprost z ofiarnego ogniska.

Stary mężczyzna siedzący po turecku waży na pięknej, dużej wadze otoczone białą watą nasiona bawełny, bierze je wprost z rachitycznej, wypełnionej nią malutkiej budki, obok krawcowa w równie małej budce szyje na maszynie, dalej ktoś wytrwale wygładza papierem ściernym kawałek robionego ręcznie mebla, a kobieta na ganku czule całuje kozę w czoło.

90% wegetarian. Krowy jedzą muzułmanie. Świń praktycznie nikt. Tylko kurki sporadycznie lądują na talerzach - stąd gdzieniegdzie trafia się “Quality Chicken Center” z dumnie wywieszonymi w rzędzie, na wystawie, bezgłowymi korpusami (szyjką w górę)… Pytam - czy to wegetariańskie dania, patrząc na 5 czy 6 garnków, ale pytanie nie za bardzo ma sens, bo w żadnym garnku nie ma mięsa. Współpodróżni - mają coraz bardziej smętne miny, a ja zagryzam coraz bardziej pikantne potrawy śmiejąc się z kolejnego kelnera, który z uśmiechem odpowiada - “No, no, not too spicy”.

Po dwóch dniach śmigam przed rozpędzonymi samochodami, rikszami, rowerami, skuterami, wozami zaprzężonymi w woły i w małe koniki na drugą stronę szerokich ulic - tak, jakbym robiła to od zawsze, choć, wczorajsza, pierwsza przeprawa była przerażającym przeżyciem.

Traktowana z powagą i elegancją przez otaczających mnie hindusów z niesmakiem odkrywam muzułmańskie ulice, gdzie atmosfera - rodem z Kairu, każe z trudem powstrzymać się przed ostrzejszym słowem, czy dosadnym gestem…

Tak łatwo. Tak nieprawdopodobnie łatwo kocha się ten kraj. Tak żywy, tak leniwy, tak prastary i nowoczesny, tak biedny i bogaty, tajemniczy i rozbawiony do łez, tak rozrzutny w rozdawaniu swoich bogactw, tak nieświadomy własnych skarbów, tak gwałtownie rozwijający się, a już myślący o ekologii, tak brudny i tak pachnący… tak zaskakujący, dziwny, poplątany, nierówny.

Za łatwo.

Wracam zapłakana. Wracam chociaż wcale nie chcę. Wracam i sama nie do końca wiem po co.

Dotknęłam swojej Świętej Ziemi i… chcę jeszcze.

tęsknoty

styczeń14

Monochromatyczny świat Moreny.

Usycham nieszczęśliwie zakochana w słońcu.

Jeszcze tylko trzy dni i dotknę stopą swojej Ziemi Świętej.

Odliczam minuty…

***

styczeń10

Flow

styczeń8

Nad ranem dryfuję.
Zanim otworzę oczy, pod chmurami tak sinymi od wstrzymywanego śniegu. Zanim poczuję chropowate skały pod plecami.
Zanim będę zmuszona poruszyć palcami, które już oswoiły się z bezruchem.
Wynurzyć ze snów.
Wypłynąć z głębin.
Zostawić za sobą nienarodzone dzieci i pocałunki.

A powieki ciężkie od ostrych drobin mrozu.
Nawie szepczą do mnie…

że przypływ

że nów

Balony ckliwe, prawdziwe

styczeń5

Czasem chciałabym utrzymać swoje wyspy w totalnej nieświadomości.

Uchronić je przed zwykłym, szarym bytowaniem.

Uczynić azylem.

Umieścić gdzieś ponad ziemią…

By nic w nich nie spowszedniało. By pozostały czyste i jasne na zawsze. Pełne smaku wina, z placami zanurzonymi w piasku. Ze wzrokiem utkwionym w horyzoncie. Ze wszystkimi nadziejami, całą wiarą…

Niezmącona niczym siła na zawsze w zasięgu dłoni. Gotowość by przenieść najbardziej oporne góry. Entuzjazm, który nie opuszcza nawet we śnie. Nawet w nów. Nawet, gdy samotność krzyczy głośno, choć dusisz ją poduszką i dociskasz kolanem do ściany.

Tak bym chciała trzymać te wyspy nad głową, jak kolorowe balony. Odpędzać od nich chłodne, ponure zimowe poranki i lodowate wieczory. Chuchać na nie i dmuchać.

Może trzeba stracić te wyspy kilka razy, by zrozumieć jak cenna jest ta magia?

Może trzeba pojąć całą grozę codzienności. Ciężar białego chleba. Smak codziennie tej samej herbaty.

Może, może…

Chyba dziś rozumiem, że w życiu ze wszystkim poradzę sobie sama…

tylko nie z samotnością.

I że tylko, tylko i wyłącznie, do miłości kogoś mi trzeba. Tylko do miłości.

Żeby trzymać ją nad głową jak balonik.

Wiedzieć, że tam jest.

Nawia*

styczeń2

Krystalicznie błękitna woda. Małe jezioro w środku strzelistego lasu. Powierzchnia wody drży pod najmniejszym spojrzeniem. A liście połyskują, jakby ktoś obtoczył je w kryształkach lodu.

To widzę w Twoich oczach.

Kiedy szukam w Tobie Przewodnika.

Przenikasz we mnie, gdy dotykam kart. Mówisz, że chcę by były lustrem moich pragnień. Mówisz, ze cała jestem z żalu. Cała z drżenia.

Mówisz, że tylko Inspiracja jest w stanie poprowadzić mnie tam, dokąd trzeba iść.

I nigdy nie ulegasz, i śmiejesz się, gdy płaczę, aż zaczynam śmiać się sama. Doprowadzasz na skraj szaleństwa, a w Twoich oczach rozchodzą się drobne fale, za każdym razem, kiedy w nie spoglądam.

Nie ma istoty piękniejszej od Ciebie. Nie ma mądrzejszych stworzeń.

Czym zasłużyłam na Ciebie? Jak Ciebie znalazłam? Pewnego dnia otworzyłaś moje oczy na leśną polanę. I wracam do Ciebie myślami, szukając pocieszenia.

Kiedy ścieżki pozwalają dojść do miejsc o których śniłam. Gdy materia poddaje się lekko, a dotyk…

Marzenia spełnione na raz, jak we śnie umarłych. Tryby machiny dobrze naoliwionej. Znaki.

Głębiny spojrzeń i opadające liście powiek…

Że życie jest tylko strumieniem czystej wody - nie powstrzymuj.

* Nawia - według Księgi Welesa to co nie jawne, kraina duchów i rzeczy nadprzyrodzonych. Termin niezależnie spotykany w wierzeniach Słowian na określenie zaświatów oraz dusz zmarłych.

Pieśń Amergina

grudzień25

Jestem jeleniem: o siedmiu rosochach,
Jestem wylewem: zatapiam równinę,
Jestem wiatrem: nad głębokim jeziorem,
Jestem łzą: skapuję ze słońca,
Jestem sokołem:ponad turnią,
Jestem cierniem: pod paznokciem,
Jestem cudem: pośród kwiatów,
Jestem czarownikiem: kto, jesli nie ja,
Chłodną głowę rozpala płomieniem dymiącym?

Jestem włócznią: która wrzeszczy o krew,
Jestem łososiem: w rozlewisku,
jestem pokusą: z raju,
Jestem wzgórzem: po którym chodzi poeta,
Jestem odyńcem: bezlitosnym i rudym,
Jestem falą przyboju: zagrażającym sądem
Jestem przypływem: który ciągnie ku smierci,
Jestem oseskiem: kto, jeśli nie ja,
Zerka z nieciosanego dolmenu sklepienia?

Jestem łonem: wszelkiego zagajnika,
Jestem blaskiem: na każdym pagórku,
Jestem królową: kazdego ula,
Jestem tarczą: dla każdej głowy,
Jestem grobem: kazdej nadziei.

Znalazłam porządkując stare notatniki na kompie… Takie znaleziska warto uwieczniać :)

Stare celtyckie pieśni nie powinny kurzyć się skryte głęboko na twardych dyskach .

As a woman…

grudzień25

“As a woman I have no country. As a woman my country is the whole world”
Virginia Woolf

« Older Entries