styczeń29
Powietrze pachnie. Wszędzie śmieci, wszędzie bieda, chude krowy, dzieci, które cieszą się z cukierka, kobiety, które cieszą się z chleba, a powietrze pachnie.
Kapłani, których posępne twarze budzą respekt. “Odkrywane” przez archeologów ruiny - z których, od czasów świetności, obsypało się zaledwie kilka kamieni… Olbrzymi Park Narodowy, w którym żyje aż… 16 słoni. Gigantyczne nowoczesne miasta, ruchliwe ulice, na krawężnikach których przysiadają plotkujące kobiety, chodzący po poboczach dróg uśmiechnięci transwestyci - “jesteście super” mówią i podobno przynoszą szczęście.
A na skrawkach wolnej przestrzeni - namioty Nietykalnych…
Wysyłam do stojących po przeciwnej stronie drogi uczennic całusy w powietrze - za chwilę wracają do mnie zwielokrotnione wprost z uśmiechniętych od ucha do ucha twarzy. Mali chłopcy na każdym kroku chcą by robić im zdjęcia, a potem pokazywać jak wyszli na wyświetlaczach aparatów. Gdy czekamy na nasze szyte na miarę sari - rozmawiam z muzułmaninem, który opowiada mi o swoich podróżach do Paryża, Londynu, Kairu, Szanghaju… Gdy jemy lunch w pobliżu wsi, na trawce, pod figowcami - okoliczne dzieci chodzą za nami krok w krok i na skorzystanie w samotności z pobliskich krzaczków - nie ma nawet co liczyć
Wchodzę bosa do chłodnych świątyń, kapłani z powagą pozują do zdjęć o które proszę. Paski na ich czołach mówią, do którego boga się modlą - poprzeczne do Wisznu, podłużne - do Sziwy. Bogowie mówią tu innymi językami. W lasach mieszkają niebezpieczne boginki. Gdy odzywam się do nich milczą. I to jedyny moment, gdy odczuwam swoją obcość. Ale pochylam głowę nad świętym ogniem, piję z dłoni świętą wodę, a czoło zdobi czerwony ślad zrobiony przez mistyka, o nieludzkim spojrzeniu…
O cenę naszyjnika targuję się przez pełne dwa dni. W końcu dobijamy targu - uśmiechnięci i zadowoleni. On właśnie dostał równowartość wypłaty - ja z kolei, właśnie kupiłam naszyjnik za bezcen. Rikszą jedziemy za parę polskich groszy, pijemy sok świeżo wyciskany z trzciny cukrowej za parę złotych, niewiele więcej płacimy - za świeży sok z ananasa.
Namastē - mówię do rodziny, która tłumnie wyległa przed dom, koło którego przechodzimy. Dzieci w skupieniu obserwują, jak ja - kobieta - zapalam papierosa. Rikszarz w jednym mieście proponuje nam knajpę z marihuaną, w innym - pyta czy mamy ochotę na haszysz… Moje białe nogi w krótkich spodenkach wprawiają w osłupienie sporą grupę wracających ze szkoły dziewczynek 
Schowana za kolumną, w ciemnej świątyni Kriszny obserwuję, jak cała rodzina modli się i rozmawia z kapłanami. Młoda matka z dzieckiem na ręku siedzi niemal u moich stóp, ale mnie nie widzi. Jakaś kobieta podaje kapłanowi reklamówkę z ofiarami i w skupieniu coś tłumaczy. Brzęczą drobne monety rzucane na talerzyk, pachnie jaśmin i kadzidła. W innej świątyni, za rogiem, po prawej od głównego ołtarza, gryzący dym wprost z ofiarnego ogniska.
Stary mężczyzna siedzący po turecku waży na pięknej, dużej wadze otoczone białą watą nasiona bawełny, bierze je wprost z rachitycznej, wypełnionej nią malutkiej budki, obok krawcowa w równie małej budce szyje na maszynie, dalej ktoś wytrwale wygładza papierem ściernym kawałek robionego ręcznie mebla, a kobieta na ganku czule całuje kozę w czoło.
90% wegetarian. Krowy jedzą muzułmanie. Świń praktycznie nikt. Tylko kurki sporadycznie lądują na talerzach - stąd gdzieniegdzie trafia się “Quality Chicken Center” z dumnie wywieszonymi w rzędzie, na wystawie, bezgłowymi korpusami (szyjką w górę)… Pytam - czy to wegetariańskie dania, patrząc na 5 czy 6 garnków, ale pytanie nie za bardzo ma sens, bo w żadnym garnku nie ma mięsa. Współpodróżni - mają coraz bardziej smętne miny, a ja zagryzam coraz bardziej pikantne potrawy śmiejąc się z kolejnego kelnera, który z uśmiechem odpowiada - “No, no, not too spicy”.
Po dwóch dniach śmigam przed rozpędzonymi samochodami, rikszami, rowerami, skuterami, wozami zaprzężonymi w woły i w małe koniki na drugą stronę szerokich ulic - tak, jakbym robiła to od zawsze, choć, wczorajsza, pierwsza przeprawa była przerażającym przeżyciem.
Traktowana z powagą i elegancją przez otaczających mnie hindusów z niesmakiem odkrywam muzułmańskie ulice, gdzie atmosfera - rodem z Kairu, każe z trudem powstrzymać się przed ostrzejszym słowem, czy dosadnym gestem…
Tak łatwo. Tak nieprawdopodobnie łatwo kocha się ten kraj. Tak żywy, tak leniwy, tak prastary i nowoczesny, tak biedny i bogaty, tajemniczy i rozbawiony do łez, tak rozrzutny w rozdawaniu swoich bogactw, tak nieświadomy własnych skarbów, tak gwałtownie rozwijający się, a już myślący o ekologii, tak brudny i tak pachnący… tak zaskakujący, dziwny, poplątany, nierówny.
Za łatwo.
Wracam zapłakana. Wracam chociaż wcale nie chcę. Wracam i sama nie do końca wiem po co.
Dotknęłam swojej Świętej Ziemi i… chcę jeszcze.
