luty24
Czarne, wielkie drewniane drzwi. Korytarz czarnych drzwi.
A przed drzwiami, na krzesełkach - interesanci.
Jakby dobrze się wsłuchać - można by usłyszeć szum biurokracji dochodzący spod podłóg, spływający z sufitów, przesączający się przez ściany i szpary pod drzwiami.
Przeliczanie ludzkich czynów na lata, na pieniądze. Przeliczanie bólu na kwoty.
Odszkodowanie za internowanie.
Tata by tu przyszedł. Myślę, że by chciał. Myślę, że tu jest. Z nami. Przeliczanie rozłąki i strachu na monety. Przeliczanie poświęcenia.
Nikt nie myśli o żonach rewolucjonistów. Moja mama nazywała to zawsze brakiem rozsądku. Nie mogłam rozumieć ich rozmów i kłótni - w grudniu miałam pół roku. Pytała go pewnie - czemu właśnie Ty? Jesteś tylko trybem maszyny - czemu Ty?
Przesłuchania, pobicia, dzieci w domu dziecka, szantaże, morderstwa.
Czemu Ty?
Nie byłoby rewolucji bez rewolucjonistów.
Sama z dwójką małych dzieci. Zima. Brak środków do życia. Koledzy z zakładu zrzucają się na paczki z jedzeniem, pomagają znajomi z Komitetu Prymasowskiego. Przez dwa tygodnie nie wie, czy on w ogóle jeszcze żyje, gdzie jest. Nie ma z kim zostawić dzieci. Z każdej strony sprzeczne informacje. Nikt nic nie wie.
Spotkania odbywały się w naszym domu. Po 14 - 20 osób. Wyświetlanie filmów, rozmowy, hektolitry herbaty, dym papierosowy pod sufitem. Ulotki, książki z powielaczy. Dziś na półce trzymam “pożegnanie jesieni” Witkacego. Mama chowała się z nami w drugim pokoju. Bała się, że w każdej chwili oni wpadną. Że ktoś doniesie. Że kapuś.
Nie ma rewolucji bez żon rewolucjonistów.
Stojących w nocy w oknie.
Nie ma rewolucji bez ludzi, którzy kochają idee. Kochają je bardziej, niż swoich bliskich. Choć pewnie i dla bliskich. Nie ma rewolucji bez poświęcenia.
Pamiętam pierwsze wybory. Tata trzy lata pod rząd w komisji. W podstawówce - dzikie tłumy. Pamiętam, że chciałam być już dorosła, żeby móc głosować. Wiedziałam, że to ważne, bo dla niego było ważne. Tęskniłam za tatą. Mama przyprowadzała mnie do niego do szkoły. On zawsze zajęty myśleniem. Nieobecny.
Podczas spotkań w naszym domu - jako 5, 6, 7 letnie dziecko - siadałam za tatą na kanapie i plotłam warkoczyki z jego czupryny. Tata palił i rozmawiał. Ciekawe, czy zauważał co robię? Na stole leżały stare Fantastyki z grafikami Siudmaka. Nie mogę o tym zapomnieć. Oglądałam te fantastyki jak nie potrafiłam jeszcze czytać. Siudmak był moim pierwszym zauważonym artystą.
Nie ma rewolucji bez córek rewolucjonistów.
Które czepiają się ich spodni i przytulają do ich pleców. Które mówią do nich niesłyszalne, gdy oni dyskutują o polityce, o idei.
Nie ubabrał się w polityce. Od Komitetu dostał odznaczenie. Od Polski - to co sobie wywalczył - życie w wolnym kraju.
Rozmawiam z Panią prokurator przed ogłoszeniem wy
roku - mówię jej, że dla mnie tamte czasy nie były niczym złym. Z mamą, tatą i siostrą - wyjeżdżałam na wczasy zakładowe. Całą rodziną. Przepiękne wspomnienia. Pani prokurator mówi - ale dziś możesz jechać na Bali i do Kanady. A ja myślę - bez niego…
Nie ma rewolucji bez monotonii tęsknoty. Kiedy idea pożera wszystkich po drodze.
Nie wiem ile w tym bohaterstwa, ile zacietrzewienia, ile oddania i patriotyzmu, ile lekceważenia dla nas.
Jestem rozdarta siedząc pod tą salą i patrząc na drzwi.
Dumna z zeznań mamy, która mówi nie o internowaniu, bo niewiele o nim od taty słyszałyśmy, tylko o nas. O niepewności, strachu. O brutalnym aresztowaniu parę minut po północy. Wyłączonych telefonach, bezradności. Przestraszonych dzieciach.
Sąd orzeka odszkodowanie. Mama chciała za nie postawić tacie nagrobek. To będzie jedyny pomnik jaki dostanie. Jedyny, który ma znaczenie. Znamy cenę jego poświęcenia.
A mimo tego
Dostanie od nas pomnik.
Innej Polski - po prostu nie ma.