marzec23
Bogowie, tyle myśli się tłoczy we mnie, gotowych do rozlania się na papierze. Tyle dobrych myśli, tyle wniosków, ze aż boję się, że coś ucieknie, wymknie się, że coś zgubię.
Ostatnio moje myśli krążą wciąż i wciąż wokół umysłu, nie tylko po nim.
Jest kilku pisarzy, którzy rozumieją kobiety nie tylko jako fascynujące, niezwykłe istoty i potrafią pokazać tę iskierkę, która rozświetla je jako jednostki, ale też widzą coś czego my same często nie umiemy dostrzec, pewne centrum wokół którego kręci się bycie kobietą. To coś, co jest wspólne dla nas wszystkich, a co tak ciężko uchwycić i zawrzeć w słowach.
Jednym z takich pisarzy jest John Updike.
Nie chodzi tu o jakieś szownistyczne uproszczenia, o szufladkowanie, o brak zróżnicowania. Updike rozumie kobiety tak, jak każda z nas chciałaby być rozumiana, w sposób w jaki często samych siebie nie rozumiemy. Z całym okrucieństwem bezlitosnego obserwatora, jakim jest ten, który widzi w nas żywe klejnoty i egzotyczne ptaki. Katalogującego wciąż nowe gatunki pasjonata.
Każda nałogowa feministka zadrży z oburzenia czytając powyższe akapity. Ponieważ zgodnie z potocznym rozumieniem feminizmu nie ma kobiet i mężczyzn, nie ma jakiejś idei kobiecości i męskości - jest tylko człowiek.
Zgadzam się z tym - jeśli mówimy o społecznych rolach. Powinniśmy mieć prawo do naginania tych ról, do ich przekształcania, odkrywania w nich swojego miejsca, odrzucania ich, przerabiania na swoją modłę.
Jednak natura stworzyła nas innych od siebie. O ile kultura zdewaluowała niektóre cechy naturalnie nam przydzielone, o ile umieściła nas w sztywnych szufladkach, z których istnienia trzeba zdawać sobie sprawę - o tyle natura nie wartościuje niczego. Niczego nie dzieli na lepsze i gorsze. Wszystko, co stworzyła natura jest jej częścią - bez hierarchii, na równych prawach podlega jej cyklom i nakazom.
Boimy się archetypów. Boimy się, że nas ograniczają, że narzucają nam właśnie społeczne role. Ale archetypy mówią o tendencjach, które tkwią w naszej naturze. Te tendencje wynikające bogowie wiedzą z czego - nie muszą być przez nas wartościowane.
Kiedy mówię, że mężczyzna to analiza, to przechodzenie od ogółu do szczegółu - widzę mężczyznę, który wyodrębnia siebie i swoje ja ze świata. Który dzieli. Który czuje się zbiorem przypadkowych doświadczeń, które świadczą o jego odrębności i inności.
Kiedy mówię, że kobieta to synteza, to przejście od szczegółu do ogółu - widzę kobietę, która czuje się częścią świata, sumą doświadczeń i ich wypadkową. Dla której, mimo wszystkich jej indywidualnych cech i całej odrębności - towarzyszy poczucie ciągłości. Jest częścią łańcucha matek, babek i córek, który pragnie scalać.
Tak jak mężczyzna czuje się osobnym ogniwem łańcucha dziadów, ojców i synów, z którego pragnie się wyróżnić, z którego pragnie siebie wyodrębnić.
Oczywiście, że są kobiety, które myślą analitycznie, jak i mężczyźni, którzy myślą syntetycznie - jednak ogólna tendencja jest widoczna zarówno w życiu społecznym, psychicznym, jak i fizjologicznym. Możemy ją obserwować i bać się jej, albo zaakceptować i zobaczyć ją taką, jaką jest.
Czy jest sens wartościować naszą biologię?
Jest sens ją dowartościować.
Ambicja, podkreślanie indywidualności, podbój, nacisk na analityczne myślenie, ścisłe, jednoznaczne słowo, podkreślanie różnic
mają równie dobre i złe strony
co dzielenie się, rozbijanie granic między terytoriami, akceptacja inności jako części większego obrazu, płynne granice znaczeń, dostrzeganie podobieństwa w tym co odrębne i pozornie inne, synteza
Jedna z tych dziedzin, szczególnie w nauce, ale i w życiu społecznym, zawodowym - wciąż jest uważana za właściwą, wartościową, pozytywną, racjonalną.
Druga - nie ma takiej wartości. Jest uznawana za słabość, bierność, nawet oportunizm.
Wciąż uważam, że to od siebie samych powinnyśmy wymagać DOSTRZEŻENIA pozytywnych stron kobiecego modelu postrzegania rzeczywistości. Zamiast grzmieć na mężczyzn, który zaszufladkowali nas i uznali według swoich kategorii za słabe - przestańmy same siebie za takie uważać.
Jeśli ktoś czuje się dryfującym w czasie i przestrzeni indywiduum. Nieukorzenionym bytem płynącym po przypadkowo obranej drodze od narodzin do śmierci - to choćby przeanalizował całą rzeczywistość, zakatologował ją, podbił i nazwał - będzie nadal dryfującą w stronę niebytu cząsteczką.
Czy naprawdę chcemy rezygnować z poczucia własnej przynależności, z poczucia swojej jedności z naturą i drugim człowiekiem, z całej mądrości, z całej tolerancji - tylko po to, by dryfować w nicość z czym wiele z nas po prostu sobie nie radzi? Ja takiego widzenia świata i swojej w nim roli po prostu nie rozumiem! Czy muszę? Czy powinnam? Moim skromnym zdaniem - wprowadzenie nowego, równoprawnego punktu widzenia do nauki, życia społecznego i psychicznego współczesnego człowieka - przyniosłoby ludzkości więcej dobrego, niż najbardziej rozbudowana, najbardziej strzelista, wzniosła wersja wyłącznie analitycznej nauki, duchowości i postępu.
Nauczmy się wprowadzać nasze atrybuty do tego życia, zamiast udawać, że ich nie ma, że dewaluują nas one jako jednostki, że czynią nas słabymi, gorszymi i żałosnymi. Zbudowanie świata dla ludzi, a nie dla mężczyzn, czy kobiet - może się oprzeć wyłącznie na równowadze, na wymianie, na docenieniu obu punktów widzenia, sposobów myślenia i postrzegania świata i rzeczywistości.
PRZYKŁAD
Proste pytanie - czy czytając “Chama” Orzeszkowej - zamiast czytać ją kolorami, smakami, emocjami, namiętnościami - zamiast pisać o tej książce językiem zbudowanym z doznań - muszę pisać o symbolice kolorów w chrześcijaństwie i pogaństwie, roli kobiety w społeczeństwie XIX wieku i rodzajach tragicznych bohaterek w literaturze pozytywizmu? Według analitycznej nauki - tak. Bo moje prywatne doznania - nie są popartą dowodami właściwą interpretacją książki. Pytanie drugie - czy w naukach humanistycznych naprawdę da się coś udowodnić? Tak, ale da się też udowodnić coś całkowicie przeciwnego
W naukach humanistycznych nie ma obiektywnej prawdy (sic!), w związku z tym nie ma właściwej interpretacji. Wieczna analiza prowadzi do zgubienia ogólnego sensu, miejsca żywego tekstu w naszym, osobistym, ludzkim doświadczeniu. Moje czytanie kolorami jest równie wartościowe - co rozumowe analizowanie znaczeń kolorów.
Jest też dla mnie dużo piękniejszym, pełniejszym, pełnym głębokiego zrozumienia i fascynującym doświadczeniem. Nauka nie powinna mi tego czysto intuicyjnego doświadczania piękna odbierać.
Mi - czyli polonistce, czyli kobiecie, czyli człowiekowi
Świat (ani człowiek) nie jest organizmem, który da się leczyć jak nakazuje nam współczesna, analityczna medycyna. Bo idąc za współczesną medycyną - uleczymy nerki niszcząc wątrobę
Świat można zacząć leczyć od duszy, której ewidentnie zbiera się na wymioty.
Świat można zacząć leczyć - od zranionego serca… (tarczycę zresztą też :P)

POLECAM!