Grzywka Niesforna

kilka słów o niesforności własnej

W doborowym towarzystwie

kwiecień21

Ważnym działem nowożytnej myśli ludzkiej są rozważania o tym, jak wiele nas oddziela od zwierząt. I chociaż dawno temu przyszedł Darwni i powiedział - że nie tak wiele - to jednak dla większości z nas pocieszające jest chrześcijańskie zapewnienie, że choćby nie wiem co nauka udowodniła - zwierzę przynajmniej nie ma duszy. I kropka.

Nauka, która ponoć jest obiektywnym narzędziem, które za prawdę uznaje tylko poparte swoimi dowodami hipotezy (czyli tezy). W rękach ludzi, którzy obiektywni nie są - zazwyczaj zanim te hipotezy poprze bądź nie - grzmi o nich jakby były prawdami ostatecznymi.

I tak - zwierzę miało nie być inteligentne, miało nie mieć samoświadomości, miało nie mieć wyobraźni abstrakcyjnej, miało nie mieć świadomości śmierci, moralności, a wybory dokonywać wyłącznie na skutek działania instynktów.

Nie ważne, że człowiek buduje miasta, pisze książki i płaci składki do ZUSu. Człowiek, by poczuć się bezpiecznie sam ze sobą - musiał jeszcze wymyślić te wszystkie wymienione powyżej zarozumiałe dyrdymały, które… inny człowiek następnie obalił.

Okazuje się, że zwierzę takie jak delfin, w przeciwieństwie do niektórych ludzkich plemion, ma świetnie rozbudzoną wyobraźnię abstrakcyjną, co pozwala mu rozpoznać w dwuwymiarowym rysunku wiadra - dany przedmiot. Mimo że nie jest mu to potrzebne do życia, bo w oceanie, jak wiadomo, nie ma zbyt wielu plakatów.

Gorylica i szympansica, a nawet delfinica - będą się godzinami mizdrzyły do swoich odbić w lustrze. Te dwie pierwsze z przyjemnością szminkując sobie przy okazji usta. Delfinica też by chciała, ale nie ma ewolucyjnie przystosowanej do trzymania szminki płetwy :)

A słonica pozostająca ze swoim umierającym z pragnienia słoniątkiem na pewną śmierć - dokonuje takiego samego wyboru moralnego, jak kobieta postępująca w ten sam sposób ze swoim ludzkim dzieckiem.

i tak dalej, i tym podobne

Niedawno padł ostatni bastion ścisłej granicy między nami a nimi. Argument komunikacji i kultury. No bo choćbyśmy byli nie wiem jak pewni, że zwierzęta nie mają języka tylko komunikaty, i nie mają gramatyki i nie mają poezji i nie gadają dla samego gadania - no to zawsze jeszcze mamy język wielorybów, którego za cholerę, jełopy, nie umiemy ZROZUMIEĆ. Więc nie możemy uznać za tezę naszej hipotezy… ;)

A jeśli chodzi o kulturę rozumianą jako przekazywanie potomstwu NOWOnabytej wiedzy i umiejętności, a więc o wzbogacanie wiedzy swojego gatunku. No cóż, okazało się, że robią to nawet szczury na pewnej odosobnionej wysepce…

Z przyjemnością dowiaduję się nowych rzeczy o umiejętnościach i zdolnościach zwierząt. Bo, przyznaję bez bicia, jestem ich bardziej ciekawa, niż ludzi :) Czasami tylko nie potrafię zrozumieć tej burzy na górze, tego ludzkiego oburzenia. Tego ZASKOCZENIA, wynikami badań.

Ja myślałam, że nauka już dawno dowiodła, że nie możemy różnić się od zwierząt, bo my jesteśmy zwierzętami. Ssakami.

Mamy piersi do ssania, macice do przechowywania zarodków i jesteśmy stałocieplni. Zupełnie jak myszy.

A jeśli jesteśmy kolejnym ogniwem łańcucha ewolucji, to znaczy, że między nami a świnkami nie może stać mur. Instynkt przechodzi płynnie w gorące uczucie, na odruchowy wybór nakłada się refleksja i świadomość, potrzeba stada - zawiera w sobie też zabawę i ciekawość Innego, a kobiecość nie zaczyna się na matce Ewie, ale już na kocicy wysyłającej zalotne spojrzenia pod adresem postawnego kocura…

Nie jest mi źle z tym, że jestem zwierzęciem, nie dlatego, że mam niskie poczucie własnej wartości.

Nie jest mi z tym źle - bo mam dobre mniemanie o zwierzętach.

I… bo tak już po prostu jest ;)

Kobieta naukowiec, nauka kobieca…

marzec23

Bogowie, tyle myśli się tłoczy we mnie, gotowych do rozlania się na papierze. Tyle dobrych myśli, tyle wniosków, ze aż boję się, że coś ucieknie, wymknie się, że coś zgubię.

Ostatnio moje myśli krążą wciąż i wciąż wokół umysłu, nie tylko po nim.

Jest kilku pisarzy, którzy rozumieją kobiety nie tylko jako fascynujące, niezwykłe istoty i potrafią pokazać tę iskierkę, która rozświetla je jako jednostki, ale też widzą coś czego my same często nie umiemy dostrzec, pewne centrum wokół którego kręci się bycie kobietą. To coś, co jest wspólne dla nas wszystkich, a co tak ciężko uchwycić i zawrzeć w słowach.

Jednym z takich pisarzy jest John Updike.

Nie chodzi tu o jakieś szownistyczne uproszczenia, o szufladkowanie, o brak zróżnicowania. Updike rozumie kobiety tak, jak każda z nas chciałaby być rozumiana, w sposób w jaki często samych siebie nie rozumiemy. Z całym okrucieństwem bezlitosnego obserwatora, jakim jest ten, który widzi w nas żywe klejnoty i egzotyczne ptaki. Katalogującego wciąż nowe gatunki pasjonata.

Każda nałogowa feministka zadrży z oburzenia czytając powyższe akapity. Ponieważ zgodnie z potocznym rozumieniem feminizmu nie ma kobiet i mężczyzn, nie ma jakiejś idei kobiecości i męskości - jest tylko człowiek.

Zgadzam się z tym - jeśli mówimy o społecznych rolach. Powinniśmy mieć prawo do naginania tych ról, do ich przekształcania, odkrywania w nich swojego miejsca, odrzucania ich, przerabiania na swoją modłę.

Jednak natura stworzyła nas innych od siebie. O ile kultura zdewaluowała niektóre cechy naturalnie nam przydzielone, o ile umieściła nas w sztywnych szufladkach, z których istnienia trzeba zdawać sobie sprawę - o tyle natura nie wartościuje niczego. Niczego nie dzieli na lepsze i gorsze. Wszystko, co stworzyła natura jest jej częścią - bez hierarchii, na równych prawach podlega jej cyklom i nakazom.

Boimy się archetypów. Boimy się, że nas ograniczają, że narzucają nam właśnie społeczne role. Ale archetypy mówią o tendencjach, które tkwią w naszej naturze. Te tendencje wynikające bogowie wiedzą z czego - nie muszą być przez nas wartościowane.

Kiedy mówię, że mężczyzna to analiza, to przechodzenie od ogółu do szczegółu - widzę mężczyznę, który wyodrębnia siebie i swoje ja ze świata. Który dzieli. Który czuje się zbiorem przypadkowych doświadczeń, które świadczą o jego odrębności i inności.

Kiedy mówię, że kobieta to synteza, to przejście od szczegółu do ogółu - widzę kobietę, która czuje się częścią świata, sumą doświadczeń i ich wypadkową. Dla której, mimo wszystkich jej indywidualnych cech i całej odrębności - towarzyszy poczucie ciągłości. Jest częścią łańcucha matek, babek i córek, który pragnie scalać.

Tak jak mężczyzna czuje się osobnym ogniwem łańcucha dziadów, ojców i synów, z którego pragnie się wyróżnić, z którego pragnie siebie wyodrębnić.

Oczywiście, że są kobiety, które myślą analitycznie, jak i mężczyźni, którzy myślą syntetycznie - jednak ogólna tendencja jest widoczna zarówno w życiu społecznym, psychicznym, jak i fizjologicznym. Możemy ją obserwować i bać się jej, albo zaakceptować i zobaczyć ją taką, jaką jest.

Czy jest sens wartościować naszą biologię?

Jest sens ją dowartościować.

Ambicja, podkreślanie indywidualności, podbój,  nacisk na analityczne myślenie, ścisłe, jednoznaczne słowo, podkreślanie różnic

mają równie dobre i złe strony

co dzielenie się, rozbijanie granic między terytoriami, akceptacja inności jako części większego obrazu, płynne granice znaczeń, dostrzeganie podobieństwa w tym co odrębne i pozornie inne, synteza

Jedna z tych dziedzin, szczególnie w nauce, ale i w życiu społecznym, zawodowym - wciąż jest uważana za właściwą, wartościową, pozytywną, racjonalną.

Druga - nie ma takiej wartości. Jest uznawana za słabość, bierność, nawet oportunizm.

Wciąż uważam, że to od siebie samych powinnyśmy wymagać DOSTRZEŻENIA pozytywnych stron kobiecego modelu postrzegania rzeczywistości. Zamiast grzmieć na mężczyzn, który zaszufladkowali nas i uznali według swoich kategorii za słabe - przestańmy same siebie za takie uważać.

Jeśli ktoś czuje się dryfującym w czasie i przestrzeni indywiduum. Nieukorzenionym bytem płynącym po przypadkowo obranej drodze od narodzin do śmierci - to choćby przeanalizował całą rzeczywistość, zakatologował ją, podbił i nazwał - będzie nadal dryfującą w stronę niebytu cząsteczką.

Czy naprawdę chcemy rezygnować z poczucia własnej przynależności, z poczucia swojej jedności z naturą i drugim człowiekiem, z całej mądrości, z całej tolerancji - tylko po to, by dryfować w nicość z czym wiele z nas po prostu sobie nie radzi? Ja takiego widzenia świata i swojej w nim roli po prostu nie rozumiem! Czy muszę? Czy powinnam? Moim skromnym zdaniem - wprowadzenie nowego, równoprawnego punktu widzenia do nauki, życia społecznego i psychicznego współczesnego człowieka - przyniosłoby ludzkości więcej dobrego, niż najbardziej rozbudowana, najbardziej strzelista, wzniosła wersja wyłącznie analitycznej nauki, duchowości i postępu.

Nauczmy się wprowadzać nasze atrybuty do tego życia, zamiast udawać, że ich nie ma, że dewaluują nas one jako jednostki, że czynią nas słabymi, gorszymi i żałosnymi. Zbudowanie świata dla ludzi, a nie dla mężczyzn, czy kobiet - może się oprzeć wyłącznie na równowadze, na wymianie, na docenieniu obu punktów widzenia, sposobów myślenia i postrzegania świata i rzeczywistości.

PRZYKŁAD

Proste pytanie - czy czytając “Chama” Orzeszkowej - zamiast czytać ją kolorami, smakami, emocjami, namiętnościami - zamiast pisać o tej książce językiem zbudowanym z doznań - muszę pisać o symbolice kolorów w chrześcijaństwie i pogaństwie, roli kobiety w społeczeństwie XIX wieku i rodzajach tragicznych bohaterek w literaturze pozytywizmu? Według analitycznej nauki - tak. Bo moje prywatne doznania - nie są popartą dowodami właściwą interpretacją książki. Pytanie drugie - czy w naukach humanistycznych naprawdę da się coś udowodnić? Tak, ale da się też udowodnić coś całkowicie przeciwnego ;)

W naukach humanistycznych nie ma obiektywnej prawdy (sic!), w związku z tym nie ma właściwej interpretacji. Wieczna analiza prowadzi do zgubienia ogólnego sensu, miejsca żywego tekstu w naszym, osobistym, ludzkim doświadczeniu. Moje czytanie kolorami jest równie wartościowe - co rozumowe analizowanie znaczeń kolorów.

Jest też dla mnie dużo piękniejszym, pełniejszym, pełnym głębokiego zrozumienia i fascynującym doświadczeniem. Nauka nie powinna mi tego czysto intuicyjnego doświadczania piękna odbierać.

Mi - czyli polonistce, czyli kobiecie, czyli człowiekowi ;)

Świat (ani człowiek) nie jest organizmem, który da się leczyć jak nakazuje nam współczesna, analityczna medycyna. Bo idąc za współczesną medycyną - uleczymy nerki niszcząc wątrobę ;)

Świat można zacząć leczyć od duszy, której ewidentnie zbiera się na wymioty.

Świat można zacząć leczyć - od zranionego serca… (tarczycę zresztą też :P)

POLECAM!

POLECAM!

Kreacja

marzec19

“W chwili gdy to powiedziała, przed oczy jej wyobraźni wypłynęła szeroka twarz Aleksandry, szeroka i dzięki spacerom na świeżym powietrzu z lekka opalona nawet zimą, z delikatnymi dołeczkami w brodzie i na czubku nosa nadającymi jej wyraz dziwnego, godnego bogini spokoju, W tej twarzy była niewzruszoność godna osoby, która wyznaje pewną wiarę. Aleksandra wierzyła, że natura pełna jest szczęścia, że pełen szczęścia jest świat fizyczny, A ten kulący się człowiek, ten worek ciepłych kości w to nie wierzył.
Dla niego świat był bez smaku jak papier, dla niego świat był bałaganem, składał się z niepowiązanych wydarzeń, które przemykały się przez jego biurko w drodze do butwiejących archiwów. W jego oczach wszystko było drugorzędne i nieważne. Sukie zastanawiała się, jak długo to wytrzyma, jak długo będzie w stanie trzymać na własnej piersi tych pogrążonych w rozpaczy, wątpiących męzczyzn, nie zarażając się od nich.”
Czarownice z Eastwick John Updike

Zaraziłam się od nich. Oddałam się pustym, abstrakcyjnym operacjom myślowym z zaanagażowaniem godnym neofity. Przerażona swobodnym, jak mi się zdawało, dryfowaniem, w świecie mojej własnej intuicji, instynktu, natchnienia. Szukając w waszym sposobie myślenia pewności i oparcia. Co za bzdura.

“Kobieta-naukowiec jest jak świnka morska - ani świnka, ani morska”

Nie czuję się jak kaleka, gdy odkrywam swoje własne uzależnienie od ciężkiej, gliniastej ziemi pod nogami.
Pierwszy raz wszystkie informacje, które chłonę - oddaję na pastwę własnego ciała. Ono je analizuje, przetwarza, zapamiętuje. To, co teoretyczne - moje dłonie oddają światu w rzeczywistej, namacalnej formie. Całą abstrakcję formy, proporcji, relacji - zamykam w kształtach łodyg, w węzełkach sznurków, w oczkach kontrukcji z drutu i pędów. Biorę udział w akcie kreacji. Dodaję swoją porcję stworzenia.
Całą nową fizykę, całą niepowiązaną, dryfującą magię chaosu - moje ciało przetwarza na kobiecy rytuał.

Moje ciało lepiej pamięta, lepiej wie, szybciej przewiduje, sprawniej reaguje - niż te miliony neuronów oddanych budowaniu mojego zamku wiedzy. Tego chropowatego, zimnego zamku, który rozpada się w niepamięci z każdą minutą trwania w szklance umysłu.
Te wszystkie abstrakcyjne rozważania - jak napełnione helem balony.
Niczego nie dały w zamian - zabrały całą pewność, całą bierność, całe zakorzenienia, które ukryła we mnie natura.
Więc zabijam w sobie mężczyznę skrupulatnie. Cały męski dyskurs rodem z akademickich cel. Zabijam w sobie naukowca - z satysfakcją. Szukając własnego języka własnej twórczości.

Zasuszeni, jak przybite szpilkami motyle za zakurzoną szybką.

Co możecie mi dać - kiedy ja mogę dać życie…?

O dymnym demonie słów kilka

luty15

W kulturach pierwotnych wierzy się, że substancje halucynogenne - święte rośliny, jak na przykład peyotl czy ayahuasca, które pozwalają szamanom na ich międzywymiarowe podróże - mają swojego ducha.

Nasza chrześcijańska mentalność narzuca nam sposób widzenia wszelkich bytów niematerialnych - są albo złe albo dobre. Świat pogański jest pełen szarości. Ducha peyotlu nie można nazwać demonem - we współczesnym, chrześcijańskim znaczeniu tego słowa (zły duch, diabeł, szatan), dlatego będę go tutaj nazywała daimonem, nawiązując do greckiego rodowodu tego słowa, które oznaczało podrzędnego bogom ducha (dobrego lub złego).

Każda roślina ma swojego daimona, niektóre z tych roślin były dla danych kultur synonimami bóstwa lub jego personifikacjami, pod którymi składano ofiary, urządzano rytualne uczty i modlono się.

Każdy uczeń szamana - musi spotkać podczas swojej nauki daimona substancji, którą jego mistrz uważa za swojego sprzymierzeńca w podróżach wzdłuż axis mundi - do światów niebiańskich, ziemskich i podziemnych. To spotkanie nie zawsze jest przyjemne. Bo daimony mają osobowość, mają swoich wybrańców i ulubieńców, ale nie dla wszystkich są łaskawe. Bywają też złośliwe, a nawet wrogie tym, którzy nieumiejętnie z nich korzystają. A czasem okrutne - tak po prostu. Są groźnymi bytami, które są świadome swojej siły. Dla ludzi powinny być drogą do celu, ale nie celem samym w sobie. I na różne sposoby krzywdzą tych, którzy o tym zapomnieli.

Te święte rośliny: halucynogenne grzyby, korzenie, nasiona i kaktusy czy wywar z ayahuaski mogą zaprowadzić nas w miejsca, w którym nasz umysł się zgubi. Jednak nie dzieje się to tak często - jak w przypadku na przykład heroiny.

Zupełnie jakby natura - zaprojektowała je dla nas. W przeciwieństwie do chemicznych substancji halucynogennych produkowanych przez ludzi. Które same w sobie - są jednym wielkim eksperymentem nad wytrzymałością ciała i umysłu ludzkości.

LSD (jej dalekim źródłem jest sporysz) może zaprowadzić nas do raju, ale i do piekła. Może, gdybyśmy byli szamanami - umielibyśmy zapanować nad tym daimonem, ale nie jesteśmy. Z punktu widzenia szamanów chemiczne stymulatory naszego mózgu miotają naszymi duszami po wszystkich zakątkach wszechświata.

Na wycieczki w takie miejsca nie chodzi się bez przewodnika.

Nie chodzi się tam również ot tak sobie, dla rozrywki…

Myślę, że nie zastanawiałabym się nad tym wszystkim, gdybym nie spotkała jednego z pomniejszych daimonów i jego starszej siostry. Tymi działającymi na mniejszą skalę - na kolor szkieł przez które postrzegamy rzeczywistość. A stało się to zupełnie przypadkiem. I wynik trochę mnie zaskoczył, a trochę przestraszył.

Wszystko zaczęło się od rzucania palenia. Zdarzało mi się odstawiać papierosy na kilka lat, a potem do nich wracać już wcześniej, ale zazwyczaj robiłam to bez żadnego wspomagania w postaci gum, plasterków etc. Proces był bolesny dla mnie i pobliskich, długi i pełen zadziwiających zwrotów akcji. Jednak fizyczny głód z którym walczyłam był na tyle dominujący - że nie miałam jak rozpoznać tego, co dzieje się z moją psychiką po odstawieniu fajek. Co - oprócz koncentracji na walce z nałogiem.

Tym razem - psychicznie rozbita, niezbyt zdecydowana, niezdolna do konsekwencji - kupiłam sobie plasterki nikotynowe. Postanowiłam rzucić nawet wbrew sobie. W związku z tym - przy totalnej słabości psychicznej - rzucam i rzucam i rzucić nie mogę. Naklejam plasterek, po 2 dniach - zapalam papierosa. Nie palę 3 tygodnie - ściągam plaster - po dwóch dniach palę znowu.

Metoda - tj. plasterki - jest sama w sobie genialna. Bo całkowicie eliminuje głód fizyczny. Nie jestem zirytowana, nie jem wszystkiego i bez przerwy, nic mnie nie boli, serce pracuje regularnie. I gdybym była naprawdę, naprawdę przekonana - to nic nie stoi na przeszkodzie, żebym przez ostatnie pół roku nie zapaliła nawet jednego papierosa. No ale uzależnienie to nie tylko ciało, a mi tego przeklętego przekonania po prostu brak, z różnych względów. To co w plasterkach jest świetne - to to, że z czasem mogę je zmieniać coraz rzadziej. Jeden zaczyna starczyć na 2 - 3 dni. Organizm odzwyczaja się od nikotyny, choć ma do niej bezpośredni dostęp. Nie wiem, jak to sobie wytłumaczyć.

Ostatnio miałam taką przygodę - nakleiłam plasterki. 3 starczyły mi bez problemu na tydzień. Ale po tygodniu - nie nakleiłam kolejnego i zapaliłam papierosa. Wypaliłam kilka papierosów przez trzy dni - po czym znowu (pełna animuszu) nakleiłam plasterek.

I wtedy jakby mnie grzmotnęło.

Tytoń w naszych papierosach - jest przesycony różnymi substancjami chemicznymi, które przyspieszają jego wzrost, chronią od chorób,które następnie przyspieszają suszenie zebranej rośliny i chronią ją przed grzybami w trakcie tego procesu. Tytoń w papierosach to tytoń najgorszego sortu. Odpady, chorowite i uszkodzone rośliny - cały ten syf razem z chemią trafia do papierosów. A bibułki też bywają różne. Filtry też (kiedyś w jednym znalazłam całą drzazgę!).

Kiedy mówię papieros - wcale nie mówię TYTOŃ, a już tym bardziej nie mówię NIKOTYNA.

A tymczasem czysta nikotyna pod plasterkiem - toż to samo szczęście. Mało, że sama w sobie zdaje się mnie od siebie odzwyczajać. To jeszcze wnosi tyle słońca i radości w moje życie, że wprost zarażam optymizmem. Pracuję za trzy osoby, sprzątam wszystko wokół, przesadzam roślinki i znajduję czas na długie wygłaskiwanie kotów i psów swoich i obcych. Pomian chodzi spokojny i uśmiechnięty, a ja z radością się budzę. Wypoczywam szybciej, wolniej się męczę.

I naprawdę, naprawdę nie myślę przy niej o jej młodszym, zwyrodniałym bracie - Papierosie.

Gdybym została jej wierna - byłabym wzorem wszelkich cnót. I może to powoduje, że z czasem zaczynam jakby wątpić… W nią nie, raczej w siebie. Myślę sobie - no kurna, nie mogę z tym optymizmem. Odstawiam ją święcie przekonana, że już jestem wolna od nałogu (po tygodniu - jasne i co jeszcze? ;)) po czym po dwóch dniach NIE stwierdzam, że jestem na fizycznym głodzie. Stwierdzam - tak mnie to wkurwia, kurna, że sobie kurna zapalę bo mam to kurna wszystko daleko i głęboko, więc czemu nie?

Czyżby ktoś mnie wołał?

I oto spotykam Ciebie - mój własny wrogu. Przychodzisz nonszalancko w dymie. Masz w sobie czar grunge’u, łobuzerski urok zakazanego. Na początku tylko odrywasz moje myśli od rzeczy przyziemnych, ale już za drugim razem słyszę jakiś dziwny szept, gdzieś w środku, że przecież mi się wcale nie chcę robić tego co robię. Szept jest jakby mój. Przyswoiłam go jako swojego, ale czemu się dziwić - palę z przerwami przez 12 lat. A Ty mówisz dalej o tym, że nie warto się przejmować, ale z drugiej strony, taka się robię nagle wrażliwa i drażliwa. I tworzy się we mnie wybuchowa mieszanka - nadmiernego przeżywania wszystkiego - z totalną olewką. Każda drobna przeszkoda - wywołuje irytację, każda większa - odwrócenia się na pięcie i odejścia na zawsze. Zaczynam zanieczyszczać wszystko wokół. W szafie pierdolnik, Pomian nieszczęśliwy. Koty smutne, roślinki niby podlane, ale jakby klapnięte (geranium przestaje pachnieć!).  Ja oglądam Trainspotting, wokół komputera sterta chusteczek do nosa, szklanki, papiery. Niczego nie robię kiedy powinnam i w końcu wszystko robię w pośpiechu, którego nie cierpię.

Patrzę sobie w oczy - i nic już nie ma sensu. Mam ochotę nie wstawać, nie wychodzić, nie spotykać się z nikim. Knajpa dla niepalących to miejsce, do którego nie wchodzę.

W końcu, doprowadzona do ostateczności swoją autodestrukcją, sięgam z lękiem przed męczarnią rzucania, zmęczona, podporządkowana po plasterek. Najpierw gryzie, potem swędzi. W głowie się kręci, nogi jak z waty. Mija pierwszy dzień i…

Słoneczko świeci przez chmurki, nic to, że śnieg z deszczem wprost na moją grzywkę, nic to, że jest 6 rano i wszyscy (kurna - podpowiada stary nałóg) jeszcze śpią. Ja już biegnę do swojej pracy, która w końcu wcale nie jest taka zła i radośnie zaczynam zmieniać wazony podśpiewując kolędy (to też taki stary nałóg… bardzo dziwny. Nie rozumiem go.) I wszystko jakby takie ładne i nawet Pomian jakiś taki ładniejszy z pyska. A współpracownicy - choć lenie, to przecież całkiem mi obojętni, więc czym tu się przejmować?

I tak po kilku podobnych przejściach, od plasterków do papierosów i z powrotem, zaczęłam się zastanawiać…

No bo, każde z nich mi o mnie kłamie. Teraz w końcu to widzę! Sama już nie wiem, jak to jest być mną bez nich.

Ostatecznie - wolałabym czuć wolność. On - ciągle mnie mami, że wolność jest w nim, ale dopiero z nią - nie marzę o wolności. Czuję się wolna.

Duch nikotyny ma w sobie kwintesencję radości życia. Która z dystansem podchodzi do potknięć i problemów. Takich organicznych, płynnych, niedoskonałości życia. To co on mi daje - to pozorna ucieczka od norm. W rzeczywistości - wikła mnie w nie jeszcze bardziej…

I to co w tym wszystkim najważniejsze - mam w końcu prawdziwą motywację do rzucenia palenia :D

Rzucę go w jej ramionach, a potem pożegnam się z nią z uśmiechem. Mam nadzieję, ze na zawsze, mam nadzieję, że na zawsze zapamiętam, to czego mnie o mnie nauczyła.

Każdy trafia w końcu na jakiegoś daimona a każdy daimon może bawić się z nami lub nami. Poznałam kilku z którymi lubię spędzać czas i kilku, których zdecydowanie nie mogę ścierpieć. Wiem, do czego potrzebuję tych, z którymi się lubię i umiem ich sobie dozować w odpowiednich ilościach.

I tylko wciąż nie potrafię zrozumieć, jak to jest, że Ci, których naprawdę, wewnętrznie nie znosimy - najczęściej nas wszystkich uzależniają…?

Czemu pozwalamy sobie patrzeć na świat przez ich mroczne, zamglone okulary?

I czemu zazwyczaj ich pochodzenie wcale nie jest organiczne - tylko przesycone chemią i całą ludzką chciwością i bezwzględnością…

Nie wiem.

Dentysta a położnik. Czyli gdzie bólu masz prawo nie czuć

listopad19

Ostatnio panowie politycy wzięli się za kobiety.

Bo, jak wiadomo, kobiety za bardzo się rozbrykały. Nie tylko, jak każda samica w przyrodzie, dokonują aborcji (nielegalnych w ogóle, niemoralnych w szczególe) do tego chcą “rodzić po ludzku”.

Na przykład nie mają ochoty na ból. Panowie zrozumieć tego nie mogą - ale chętnemu mogę to zaprezentować - przepchnięcie grejpruta przez grzmiące mądrościami prącie - powinno przynieść oczekiwany skutek.

Ból. W naszej kulturze jest uznawane za to co uszlachetnia. Może rodząca kobieta nie chce być szlachetna? Może mając do wyboru zdobycie skierowana na cesarskie cięcie, a poród z płatnym znieczuleniem - wybiera cesarskie cięcie. Wskazań do cesarskiego cięcia jest sporo - wada serca, duża wada wzroku itd. Jest w  czym wybierać. Ale oprócz pieniędzy dochodzi jeszcze lęk - przed jednym z najtrudniejszych w życiu kobiety przeżyć. Niektóre naturalne porody trwają trzy doby. Do tego dochodzi radosne podawanie leków w szpitalach - najpierw wydaje się, że jest jeszcze za wcześnie, więc podaje się leki rozkurczające lub zmniejszające skurcze, następnie - okazuje się, że to jednak teraz - więc podaje się oxytocynę, która zwiększa ilość skurczów. Koniec końców - kobiety rodzą pod wpływem obu tych leków, których działania nawzajem się znoszą. Poród się jeszcze wydłuża.

Dlaczego kobiety, które mają wybór (czyli pieniądze), a które porodu się boją - na cesarkę się decydują?

Po pierwsze jest to poród bezbolesny, po drugie - dziś zostaje po nim tylko małą szybko gojąca się ranka, po trzecie - ryzyko powikłań gwałtowanie spada, dziecko nie zaplącze się w pępowinę, nie ułoży źle itd - wyjmujemy je bezpiecznie prosto z brzucha. Jak mówił niżej zacytowany przeze mnie lekarz - ryzyko powikłań podczas zwykłego porodu wynosi 1 do 1750, natomiast w przypadku cesarki TYLKO 1 do 4000. Innymi słowy - również nasze dziecko jest bezpieczne. Oczywiście jest to zabieg chirurgiczny i mogą wiązać się z nim powikłania, a nawet śmierć - ale tego typu argumenty moga się odnosić i do zwykłego, naturalnego porodu. Nikt mi nie wmówi, że kobiety przy naturalnym porodzie nie umierają, nie mają powikłań i ogólnie radośnie brykają na drugi dzień po 48 godzinnym porodzie.

Moja koleżanka brykała na drugi dzień po cesarce.

Na myśl o tym, że kobieta po naturalnym porodzie musi być zszywana - bo pęka jej się tu i ówdzie, robi mi się słabo. Ja rozumiem, ze poród naturalny, jest naturalny. Ale to nie jest wcale takie piękne, to całe “naturalne” rodzenie w szpitalu. Co trzeba pozszywać - to trzeba, co trzeba przecierpieć to trzeba. Wcale w Polsce nie rodzimy po ludzku. Po wględem sprzętu medycznego (tylko jedna z moich koleżanek rodziła podpięta do maszynerii, która rejestrowała stan zdrowia dziecka), pod względem psychicznym (ponad połowa skarżyła się na stosunek personelu medycznego do niej), pod względem medycznym (podawanie znoszących się leków itd), pod względem prawnym (znieczulenie nie jest objęte ubezpieczeniem zdrowotnym) - jesteśmy sto lat za cywilizacją.

Płacę na ubezpieczenie zdrowotne prawie połowę swojej pensji - a nie mam w tym ubezpieczeniu zagwarantowanego znieczulenia przy porodzie na życzenie. Jeśli jakaś kobieta pracowała przy ustalaniu co jest zagwarantowane przy porodzie w ramach ubezpieczenia - to kij Ci w oko głupia babo, co zrobiłaś sobie, swoim córkom i innym kobietom - taki prezent. A jeśli pracowali przy tym sami Panowie - kij Wam w innym otworek w ciele.

Pomyśleć, że znieczulenie jest w cenie zabiegu dentystycznego…

Pewnie dlatego, że do dentysty chodzą też mężczyźni :D

Tak - wybieram cesarskie cięcie.

Nie odczuwam radosnych spazmów na myśl o przeżywaniu katuszy, nie chcę też uszlachetniać swego charakteru, nie chcę być wzorcową Matką Polką - i mało tego, szanowni Panowie politycy - mogę Wam obiecać, że choćbyście mi to utrudnili na wszelkie sposoby, choćby znieczulenie było jeszcze droższe niż jest ( w tej chwili przekracza moją miesięczną pensję), choćby cesarskie cięcie było tylko dla tych umierających a może nawet (jak w starożytnym Rzymie) - tylko dla tych umarłych. To ja urodzę swoje dziecko przez cesarskie cięcie - nikomu za to nie płacąc. Bo Pan Bóg dał mi sporą wadę wzroku :D Dziękuję Ci Panie Boże, że oprócz naturalnego porodu - dałeś mi wadę wzroku. Dzięki temu nie muszę walczyć o to, o co walczyć będzie musiała inna kobieta do mnie podobna. Za to, Panie Boże, zapalę Ci świeczkę.

Bo dzięki temu mam pewność, że żaden polityk nie zabierze mi możliwości urodzenia dziecka w bezpieczny sposób. A jeśli będzie chciał - spotkamy się w Strasburgu.

W każdym razie nie dziwię się, że tyle kobiet wybiera nielegalną aborcję - skoro alternatywą jest użeranie się z lekarzami i politykami, albo płacenie za coś, co powinno się nam należeć - chociażby za możliwość nieodczuwania bólu.

Czasem to może być decydujące Panowie politycy prorodzinni.

Czasem wydaje mi się, że politycy bardzo nie lubią kobiet i chcą je po prostu udupić. Zamiast zająć się tym, byśmy zarabiały tyle samo, co mężczyźni, oni najchętniej dali by tym facetom maczugi do rąk i kazali ciągać nas po podwórku za włosy. Zamiast zadbać o to, żeby “sprawca” musiał płacić alimenty, a jeśli nie płaci, żeby państwo znalazło na niego sposób i pieniądze dla samotnej matki (patrz odebrany fundusz alimentacyjny), zamiast grzmieć na nas, żądać, wymagać, narzucać i nas, kobiety umoralniać - zróbcie coś sensownego. Czy Was wszystkich pochrzaniło? Skąd nagle to biblijne przekonanie, że to kobieta jest praprzyczyną zła? Że to ona podła, jakby mogła, jakby jej nie wstrzymywać - to tylko by sobie dobrze robiła, tylko by ciąże usuwała, leki przeciwbólowe łykała? Skąd ta wielka chęć uszlachetnienia mnie? Ja się czuję wystarczająco szlachetna, że na widok mężczyzny na ulicy - nie zaczynam pluć, choć bliska tego jestem, oj bliska…

Więc jakim prawem wpierdalacie się do mojego życia? Do życia poczętego i niepoczętego, do aborcji, antykoncepcji, porodu ze znieczuleniem, porodu przez cesarskie cięcie - odpierdolcie się wreszcie wszyscy ode mnie.

Podpisano - Polka.

“Dr Grzegorz Południewski, ginekolog, przewodniczący Zarządu Głównego Towarzystwa Rozwoju Rodziny, pracuje w Centrum Medycznym Damiana: Mamy dzisiaj do czynienia ze zjawiskiem większych oczekiwań od lekarzy i od biologii, bo kobieta, przychodząc do szpitala, chce urodzić szybko i bez bólu. Mamy ku temu medyczne sposoby. Ponadto jeżeli dziś ludzie planują dwoje, a bywa, że jedno dziecko w życiu, to robią wszystko, żeby to dziecko było w jak najlepszej kondycji. Wskazania do cesarskiego cięcia powinny być rozszerzane, a nie zawężane. Dlaczego mamy nie uwzględniać zapatrywań pary oczekującej jedynego dziecka, która bardzo często udaje się do prywatnej kliniki, żeby mieć z głowy problem łapówek i innych możliwości załatwiania cesarskiego cięcia? Owszem, ryzyko dla matki przy cięciu cesarskim, jak przy każdej operacji, jest znacznie wyższe. Śmiertelne przypadki, a takich jest kilka w Polsce każdego roku, w większości dotyczą powikłań po cięciach cesarskich. Jednak ryzyko dla dziecka jest rzędu jeden na 4 tys. noworodków, w odniesie niu do porodu to ryzyko wynosi jeden do 1750. Podczas międzynarodowego zjazdu ‘Kontrowersje w ginekologii i położnictwie’ w 2002 r. jeden z profesorów postawił pytanie: ‘Czy wszyscy mamy rodzić cięciem cesarskim?’. Środowisko lekarskie cały czas nad tym dyskutuje. Dlatego nie rozwiąże się tego problemu dyrektywami ze strony ministerstwa, ponieważ takie dyrektywy są niebezpieczne.

Marek Haber, wiceminister zdrowia: O jakich dyrektywach pan mówi?

G.P.: O zapowiedzi, że cięcie cesarskie na życzenie będzie uznawane za błąd w sztuce. To jest dla mnie kuriozalne.”

Źródło

Wspólnota kobiet

listopad2

Gdzie ja czytałam tę recenzję “Kobiet” pióra Szczuki? Nie wiem. Ale z pewnością uświadomiła mi absurd tej “wspólnoty” kobiet, tego postfeministycznego, medialnego szumu wokół kobiety.

Miało być przecież tak pięknie. Miałyśmy być ludźmi. Mieliśmy być równi. Teraz jesteśmy ponad. Mamy patrzeć na wszystko z góry. Na miłość, związek, mężczyznę, macierzyństwo. Mamy być skomplikowane emocjonalnie, ambitne, mamy piąć się po szczeblach kariery, mamy pisać ironiczne artykuły do gazet, mamy prowadzić domy mody, pracować dla Vouge’a, być na szczycie drabiny społecznej.

Widziałam prawdziwą feministkę. Na pytanie o to czym się zajmuje w życiu i co ją sprowadziło do szkoły w której jest, odpowiedziała uśmiechnięta od ucha do ucha - jestem z zawodu gospodynią domową. Zajmowałam się domem i dziećmi. Teraz chcę spróbować czegoś nowego. Zadbana, inteligentna, dowcipna. Wszystko w niej mówi - mam jeszcze całe życie przed sobą, mam wybór, jestem szczęliwa, spełniona, ciekawa świata. To jest feminizm.

Jak praca w świecie mody ma być zajęciem stereotypowej kobiety wyzwolonej, skoro moda stereotypowo związana jest z kobietami i do nich skierowana? Co to za cel dla człowieka - mieć 40 lat i być samotnym na szczycie hierarchii społecznej? Co to za amputacja człowieczeństwa?

I ten medialny wizerunek współczesnej kobiety, oczywiście singielki.

A ta wspólnota? Kobiety, Seks w wielkim mieście, Ladies - czy któraś z Was naprawdę zna grupę kilku kobiet, które przyjaźnią się ze sobą od lat, wspólnie jedzą śniadania w każdy piątek, wspólnie robią zakupy, wspólnie się sobie zwierzają. Zawsze wspólnie. Nigdy we dwie, zawsze w 4,5,6 osób?

Czy masz koleżankę od zakupów, od chodzenia na siłownię, od biegania, od wychodzenia do pubu?

Czy faceci są naprawdę tylko dodatkiem do tej nowo wytworzonej przez media “wspólnoty kobiet”, która ponoć istnieje - tuż obok nas jako nowa komórką społeczna, zastępująca związek dwojga ludzi?

Ja nie tylko nie mam tych wszystkich przyjaciółek “od”. Ja wręcz nie znam kobiety, która by je miała. Owszem mamy przyjaciółkę, dwie, może trzy. Najczęściej się nie znają. Jeśli znają - to są raczej swoimi znajomymi. Jeśli są przyjaciółkami - to ja z jedną z nich rozumiem się lepiej, jedna z nich bardziej mi odpowiada. Układ 1 na 1, jest dla mnie tak oczywisty, jak oddychanie.

Więc co ta za fikcja? Gdzie te singielki, które w kobiecym gronie przechodzą przez życie odrzucając kolejne związki. Czy to ma być dla mnie wzór? Czy tego mam szukać? Bo przecież jestem, jak każda z nas, projektowanym odbiorcą tego przekazu medialnego. Tego cukierkowego świata babskich pogaduszek, tych “wspólnot” w których każdy jest równy. Każdy każdego akceptuje, choćby po jednej stronie stołu siedziała romantyczna idealistka, wierząca w ślub, miłość po grób a po drugiej stronie wiecznie ją krytykująca kobieta sukcesu, która zalicza każdej nocy innego faceta i idzie przez życie jak torpeda. Kłótni nie ma. A jeśli są - “wspólnota” i tak to przezwycięży. Bo w tej “wspólnocie kobiet” kobieta jest silna. Bo sama - JEST SŁABA.

Bo przecież kobiecie potrzeba tej drugiej kobiety, skoro już jej nie potrzeba mężczyzny.

Panie z ekranu mówią do mnie - widzisz? Nie masz tego, co ja, więc Twoje życie jest nudne, wyblakłe, nijakie. A Ty sama - czy możesz być spełniona będąc urzędniczką na poczcie? Nie mając przyjaciółki od zakupów?  Będąc matką trójki dzieci? Pracując w sklepie meblowym? Czy możesz wtedy być ładną, ciekawą, interesującą osobą? Czy Twoje życie może być fascynujące?

Czy media pokażą Ci kiedyś na ekranie Twoją twarz? Czy powiedzą Ci kiedyś - jeśli jesteś szczęśliwa, to nie ważne co w życiu robisz, kim jesteś i z kim jesteś - to znaczy, że spełniasz się w swoim życiu i realizujesz swoje marzenia. A więc czujesz się człowiekiem. Wolnym, samostanowiącym. A więc nim jesteś.

Otóż nie mam pralki firmy Whirlpool (a może mam? Sama nie wiem), ani garsonki od Versace. I nie jestem singielką. I nie planuję robić błyskotliwej kariery. I planuję być w swoim związku do końca życia. I zamierzam urodzić dziecko. Mało tego - chcę mieć swój ogródek.

Chcę też realizować wszystkie swoje pasje. Tworzyć, walczyć i gryźć.

Bo tak.

I niech mi któraś zakichana biurwa powie, że jest lepsza ode mnie bo wybrała “lepszą” pseudofeministyczną ścieżkę. Na jej miejscu - nie ryzykowałabym.

(Za inspirację do wpisu dziękuję moim dobrym koleżankom “od”… wspólnego myślenia, filozofowania i eksperymentowania - Tosi i Thrishy :*)

Non-Gender

październik19

Piszę ten tekst odręcznie w pociągu relacji Berlin-Warszawa, wracając z Poznania do domu. I zastanawiam się nad swoim własnym skrępowaniem i wspólnotą kobiet.

W Koninie z przedziału wysiadają dwaj panowie i zostaję sama z kobietą w średnim wieku. Podnoszę głowę znad książki (”Gender dla średniozaawansowanych”), siadam wygodnie, odczuwam ulgę. I zastanawiam się czemu.

Podobno to kobiety są dla siebie krytyczne, oceniają siebie nawzajem i choćby same były ubrane w sprane, bure łaszki - dostrzegą każde niedociągnięcie, kolorystyczne potknięcie w ubiorze, rozmyty po długim dniu makijaż i brudne od kwiaciarnianej pracy paznokcie - tej drugiej kobiety. Jednak odczuwam niepokojące skrępowanie właśnie w towarzystwie mężczyzn i staram się zniknąć w ich, niekoniecznie chcianej, a przecież często miłej, obecności. Czy wynika to z niepewności dzierlatki, która nie jest jeszcze pewna uroków własnej kobiecości? A może z niechęci lub braku szacunku do mężczyzn? Nie w tym przypadku. Problem sięga gdzieś głębiej i jest uwikłany w cały wzór damsko-męskiej relacji wbity głęboko w moją podświadomość.

Oczywiście każdy chce być akceptowany, zauważony i atrakcyjny. Ja też. Ja po protu nie czuję się kobietą. To dziwnie brzmi. Nie mam zdecydowanie skłonności transseksualnych, nie jestem skrajną “feministką” - ja czuję się całością - człowiekiem. I krępuje mnie to, że moja płeć wikła mnie w relacje damsko-męskie, zmusza mnie do tego, bym na samą siebie patrzyła krytycznym wzrokiem innej kobiety. Zastanawiała się nad wrażeniem jakie wywieram - choć nie chcę wywierać żadnego.

Sam fakt, że moje swobodne spojrzenie, noga założona na nogę, czy niesforny kosmyk włosów - mogą uczynić ze mnie samicę, która nieświadomie wysyła apetyczne sygnały - paraliżuje mnie.

Nie chcę być obiektem seksualnym i nie chodzi o to, czy któryś z moich współtowarzyszy tak na mnie patrzy, czy w ogóle mnie widzi, czy czeka na sygnał. Sama możliwość stania się samicą, obiektem pragnienia, sam fakt, że jako kobieta jestem częścią damsko-męskich relacji - czyni mnie niewolnicą własnej płci.

Chcę wchodzić w damsko męskie (i damsko-damskie) relacje, kiedy mam i szanuję prawo wyboru i, niestety, kiedy najpierw zaistnieję w świadomości tej drugiej osoby, jako coś więcej niż ciało czy samica. I tylko wtedy sama jestem do tego zdolna, sama zafascynowana drugą osobowością, drugim człowiekiem - jestem gotowa dostrzec osobisty urok, też ten czysto cielesny, drugiej osoby. Inne relacje - na poziomie czysto zmysłowym czy chemicznym - zostały przeze mnie odrzucone. Podświadomie. I to dało mi poczucie własnej wartości i pełni.

Może to kwestia osobistych doświadczeń. Zdarzyło mi się uprzedmiotowujące doświadczenie damsko-męskiej chemii, które uświadomiło mi, że jestem tylko receptorem - gotowym i otwartym na określony typ feromonów. To bolesne doświadczenie redukcji mojego “ja” do czysto zwierzęcego podążania za obiektem, rozsiewającym miłosne pyłki po mojej odurzonej hormonami głowie - spowodowało sprzeciw.

Zupełnie nieświadomy, niekontrolowany i nie dający nad sobą zapanować.

Czy jestem ofiarą własnego okaleczonego ego? Dzisiaj widzę, że przeraziła mnie własna niemoc. Nieumiejętność zapanowania nad swoim życiem i losem w obliczu, uświęconego przez zwierzęcą naturę, aktu prokreacji.

Oto jest ten, o którym moje zmysły mówią - będzie dobrym dawcą nasienia, właśnie z nim spłodzisz zdrowe potomstwo, jesteście zgodni. I wszystko to w sytuacji, w której jakiekolwiek porozumienie, głębsza więź i wspólne życie są absolutnie nierealne i niechciane. Kim ja w tym jestem, kim staje się on?

Bolesne doświadczenie rozłąki, fizyczne i psychiczne cierpienie i jednocześnie głęboka świadomość - wszystko we mnie cierpi, ale to nie jest  wartościowe doświadczanie związku, więzi z drugim człowiekiem. To brak miłości, ze wszystkimi emocjami jej towarzyszącymi, ale brakiem jej samej. Ten głęboki zawód, że jestem tylko tym i że płeć, czyni też z niego tylko to.

Ale to przecież nie jest wszystko. Jest jeszcze ta nieszczęsna kulturowa rola kusicielki Ewy, której gesty, uśmiechy, słowy zawierają w sobie (bo muszą) erotyczny podtekst. Ile razy płaciłam za naturalne zachowanie w męskim towarzystwie - zaskoczona niechcianym “zainteresowaniem”, obarczona pełnym wyrzutów zawodem “skuszonych” mężczyzn, którzy moje zachowanie odczytali jako zachętę, czy propozycję “bliższej” znajomości po 10 minutach wspólnego, często milczącego trwania w jakiejś przestrzeni. Gdybym chociaż z natury była kokietką. Nie jestem.

Wolę więc nie zachowywać się wcale, wczytana w swoją książkę, oszczędna w spojrzeniach i gestach.

Nie szukam potwierdzenia swojej kobiecej jakości, ani nadpartnera do prokreacji, nie mam też potrzeby wchodzić w rolę stereotypowej, chcącej się podobać samicy, albo wchodzić na ścieżkę wojenną z innymi kobietami - bo oto na horyzoncie pojawił się samiec.

Jestem społeczną kaleką. Zbuntowaną niewolnicą swojej, naszej zwierzęcości i związanych z płcią (a może nie?) funkcji. Odrzucam tworzony przez patriarchalny lub (odrodzony) matriarchalny sposób widzenia mojej roli. Nie mam ochoty żyć zgodnie z szowinistycznymi albo postfeministycznymi wyznacznikami wartości, które są ponoć ( z samej natury) dla mnie nadrzędne.

Wybieram trzecią, wciąż grząską ścieżkę bycia człowiekiem. Obdarzonym wolną wolą i żyjącym po swojemu. Dokonującym wyboru, odczuwającym więź, miłość, namiętność, rodzicielstwo i własne człowieczeństwo na swój indywidualny sposób. Poza wersją cielesności, która mnie, jako “ja” degraduje do płci.

Tylko nie wiem, czy to potrafię, będąc i chcąc być częścią społeczeństwa, co wikła mnie w role i relacje uprzedmiotowujące mnie i redukujące w oczach moich własnych i innych (i vice versa).

Skoro umiem patrzeć na mężczyzn i kobiety bez seksualnego podtekstu mijając ich na ulicy, jadąc windą i pracując - to chciałabym być przez innych też tak postrzegana. Ale przecież oczywiste jest, że większość ludzi czuje się dobrze we wspomnianych przeze mnie relacjach i odczuwa przyjemność ze swojej seksualnej roli. I to jest norma, to jest normalność. I absolutnie nie próbuję tego wartościować.

Nie chcę też zrezygnować z  bycia kobietą, bycia seksualną, bycia częścią aktu prokreacji. Dla swojego mężczyzny jestem kobietą, ale przede wszystkim jestem kochanym człowiekiem i kocham człowieka. I od kochania człowieka wszystko się zaczęło. Ale to jest sfera mojego życia intymnego, a nie społecznego. I nie chcę, żeby moja płeć mogła być dominantą. A już na pewno nie w kontakcie z obcym.

Moje pragnienia są nierealne. Nie zostaną nigdy zaspokojone. I to, jest chyba cały dramat naszej natury, nasza wielka ludzka rozterka. Podstawa każdej filozofii, każdego naszego pytania o istotę człowieka. To wieczne szarpanie między wolną wolą i ciałem, to uciekanie od popędu i instynktu, od presji płci w suche, rozumowe i zimne kalkulacje. To wieczne szukanie sposobu na kontrolę, ta nasza podświadoma symetria w asymetrycznym świecie.

Ale z mojego puntku widzenia - to tylko uciążliwy, dojmujący żal. To wieczne skrępowanie.

Wdech i wydech

lipiec20

Znam wiele kobiet po piędziesiątce. Dlaczego tak mało z nich oddycha pełną piersią? Większość nie może nosić ciasnych kołnierzyków, korali, golfów - duszą się od tego. To podobno objaw chorej tarczycy. I większość z nich właśnie to ma - chorą tarczycę. Pozostałe - mają astmę, albo inne problemy z oddychaniem.

Mam 27 lat. Nie nosze ciasnych kołnierzyków, kiedy nie paliłam - stwierdzono u mnie astmę alergiczną, gdy zaczęłam palić - pojawiły się inne problemy z oddychaniem. Ale może to nie tarczyca, alergia, czy inna dolegliwość. Może po prostu jest tak jak czuję, a czuję że jestem w pułapce i nie umiem już oddychać.

To tak, jakbym wiedziała, że każdy kolejny krok, życie pokieruje tak, że stopę postawię dokładnie w tym samym miejscu, w którym postawiła je moja siostra, matka, babka. A ja wydepczę tę ścieżkę - dla moich córek i ich córek.

Stanę przed lustrem, i zobaczę, że żadne z moich marzeń się nie spełniło, a te które sobie wywalczyłam - spełniły się nie tak jak chciałam. I będę trzy razy dziennie myła podłogę, pięć razy dziennie zęby i napiszę poradnik o tym, jak katalogować przyprawy kuchenne - ponieważ to i tylko to da mi złudzenie kontroli nad czymkolwiek.

Moje dzieci, które urodzę, które będą lekiem na tęsknotę za tymi ludźmi, których straciłam i stracę - odejdą. I tak jak więkoszość kobiet na tym świecie, co wynika z procentów, zostanę zapewne wdową, w kraju, w którym wdowi grosz - nie jest przysłowiem. I będę łatała dziury w starych meblach - tak jak chciałabym połatać siebie. Te wszystkie chwile ciszy.

I duszę się bo nie wierzę w to, że uda mi się zrobić coś inaczej. Słucham innej muzyki, żyję w innych czasach, studiuję, pracuję i nie jem mięsa z wyboru. Ale tak naprawdę nic nie różni mnie od mojej chorej na astmę babki i chorej na tarczycę matki. Jestem tylko zwierzątkiem, a jedyne co niezmienne - to moje instynkty.

To nie jest lęk przed byciem kobietą, to lęk przed byciem żywym.

Czasem z trudem powstrzymuję się przed wbiciem sobie czegoś pod paznokcie. Zobaczyć jak krew płynie swobodnie.

Czemu nie umiem wyrwać się z potrzasku. Czemu życie mści się na mnie tyloma złośliwościami dziennie. Mówią, że wiara jest lekiem, ale wiara niczego nie ułatwia. Jeśli wierzyć wszystkim religiom tego świata - będzie tylko gorzej. Życie to twarda lekcja - tyle samotności jeszcze przede mną, tyle samotności we mnie.

Jak uporać się z tym, co jest takie dosadne? Takie oczywiste? Jak nie patrzyć z zazdrością na tych, którzy jeszcze wierzą, że potrafią żyć inaczej, ze właśnie im się uda?

Co mi się uda? Te marzenia są takie małe, takie codzienne, zwykłe. Jestem taką minimalistką - tak niewiele mi potrzeba. A może tylko dopasowuję swoje marzenia do tego, czego jestem świadoma. Niewiele mogę - więc niewiele pragnę. Ale czego miałabym pragnąć? Pieniędzy, kariery, rodziny..?

Jest tylko lęk, że znowu kogoś stracę, coś się skończy, nad kolejną rzeczą w życiu stracę kontrolę, kolejny dzień pozbawi mnie ostatnich złudzeń. Zostanę naga i nieszczęśliwa. Uduszona własną niemocą.

Nie umiem czuć się bezpieczna, nie umiem łudzić się, że coś jest pewne i wieczne, nie umiem uwierzyć, że życie mnie oszczędzi, że pozwoli żyć w błogiej nieświadomości, że mnie nie zniszczy. A przecież żeby czuć się wolnym - trzeba się wyzwolić. A ja nie umiem czuć się wolna, kiedy niczego pewnego nie mam. Nie jestem nawet pewna siebie - nie ufam sobie, nie wierzę w siebie. Ja - to za mało. Chcę więcej. Czemu nie mogę mieć niczego więcej?

Czemu niczego nie mogę mieć na zawsze. Dlaczego?

Niech nastanie miłowanie

maj3

Kiedy mama zmarła… mój ojciec jako jedyny nie płakał.
Powiedział, że była wielką podróżniczką
i że wielkiej podróżniczki nie wolno zatrzymywać.

— Ulysses Moore

O miłości będzie. Tak trochę niepokornie. Niesfornie o miłości Ci opowiem. Takiej innej.

Zaczęło się od snu. Znam dobrze takie sny bo Ashte śni tak często. Śni nieswoje życie, jest kim innym, inaczej czuje nieswoje emocje. Uczucia zupełnie jej nieznane. Sytuacje, których nie miała okazji przeżyć. Ludzi, których nie poznała.

Przynajmniej w tym konkretnym życiu.

Choć, być może, w innych życiach też jeszcze nie.

Może to zupełnie obce sny innych ludzi. A śni je Ashte - The Dream Catcher ;)

Więc była małą blondynką. I kochała potrójnie. Trzech mężczyzn. Każdego z osobna. Każdego inaczej. Wszystkich jednocześnie. Żyli osobno. Choć wiedzieli o sobie. Ot, taki układ. Nie nam oceniać.

Kochała ich za to kim byli. Oprócz ich obecności w jej życiu - nie chciała niczego. Nie chciała od nich pieniędzy, ani dziecka. Nie chciała pewności, ani wierności. Nie szukała w nich rękawa do wypłakania, ani źródła rozrywki. Ani seksu. Ani rodziny. Umiała brać od nich to, co chcieli jej dać i ona sama dawała tyle, ile chciała. Ile czuła, że chce i umie dać. I żyła wypełniona uczuciem wdzięczności. Za to, że gdzieś tam byli i za to, że chcieli czymś się dzielić. Wdzięczności za cudowne chwile i piękne wspomnienia.Wdzięczności do świata za to, że stworzył tak fascynujących i niezwykłych ludzi. I wdzięczności za to, że dane jej było ich poznać. I móc dzielić z nimi swój czas.

Nie chciała na nich budować swojego życia. Ani swojego bezpieczeństwa. Czuła, że w ten sposób ludzie czynią z siebie nawzajem swoją własność. Mówią “mój mężczyzna”, “moja kobieta”, moja żona, kochanka, dziewczyna. Że w ten sposób ludzie uczą się że można żądać od drugiego człowieka jego całego czasu, całej miłości, całego życia. A ona wiedziała, że życie to strata i sama już dużo straciła. Może dzięki temu wiedziała, że nie można niczego posiadać na własność. Że śmierć i miłość potrafią czekać, trzymając się za ręce, tuż za rogiem. Że może tracić to życie na walkę z tym co nieuniknione. Ze śmiercią miłości i śmiercią ciała. Że może budować na innych swój świat, swoją osobowość, swoją tożsamość i bezpieczeństwo, ale wtedy - gdy czas przyjdzie, zostanie naga i pusta. A może, pytała, po prostu lepiej jest żyć z innymi ludźmi. Korzystać z tego, że przez dzień czy dwa - chcą być z nami. Czerpać z tego garściami wspomnienia, wrażenia i gesty. Dawać siebie i dostawać kogoś w zamian - zamiast pytać o jutro - po prostu być tu i teraz. Nie tracić ani chwili na złudne poczucie bezpieczeństwa. Na iluzję niezmienności.

I myślała, czy to jest uczciwe tak żądać od miłości. Tak kurczowo się jej trzymać. Tak wymagać od serca by było stałe. By uczucia się nie zmieniały. Bo przecież przeznaczenie prowadzi nas różnymi drogami - i akurat dziś spotkały się nasze ścieżki. Przez chwilę biegły blisko siebie razem i było nam tak lekko. Ale drogi się rozchodzą i nie ma w tym nic złego. Ty pobiegniesz do swoich marzeń, a ja do swoich. To co pozostanie - to ciepło na myśl o wspólnocie.

Gdy pewnego dnia jeden z nich przyszedł się pożegnać, powiedział - dłużej tak nie mogę. Zrozumiała go. Ścieżki się rozeszły i przyszedł czas na pożegnanie. Dał jej pudełko pełne zdjęć, liścików, drobnych pamiątek - skrzyneczkę wspomnień. Był smutny i ona też. Więc przytulili się do siebie i rozstali bez słowa żalu. Bo nie było czego żałować. Nie było o co oskarżać. Przyszedł czas na rozstanie i rozstali się spokojnie. Jak żegna się przyjaciela. Gdy wiemy, że jedzie do swojego szczęścia. Gdy realizuje swoje marzenia. Gdy szuka sam siebie. Pozwalamy mu na to - i tym jest właśnie miłość. Nie naszym złamanym sercem. Ale tym szczęściem, którego pragniemy dla drugiej osoby.

I tak sen się skończył. I naprawdę nie wiem, czy tak umiem. I naprawdę nie wiem, czy jestem gotowa. Może po prostu wiem, że sama znam wiele odcieni miłości i po prostu umiem sobie wyobrazić, że tak można kochać. Że kocham wielu ludzi i za wieloma z nich ciągle tęsknię. Że miłość zmienia się z czasem. I choć bardzo dobrze, że przekształcając się trwa. Ale może myśl o rozstaniu jest takim memento mori miłości. I że daje nam więcej niż nam odbiera. Bo kiedy pamiętamy o możliwości końca - żyjemy z drugim człowiekiem tak, jakby to miał być nasz ostatni wspólny dzień. I to bardziej pomaga miłości niż jakakolwiek przysięga. To bardziej jej pomaga niż jakiekolwiek poświęcenie i oddanie.

A to, że umiemy kochać wielu ludzi i z wieloma ludźmi dzielić szczęście - niekoniecznie jest warte potępienia. Może stać nas na więcej uczuć, niż to do siebie dopuszczamy? Możemy umiemy dać więcej innym ludziom, niż dajemy? Może nie ma nic złego w tym, że mówimy im, jacy są dla nas wyjątkowi. Może to kwestia tylko tego, czy ten drugi człowiek też się umie na to zdobyć. Może to tylko kwestia kultury. Kwestia wychowania.

Ten wpis nie jest pesymistyczny, wbrew pozorom. Tak więc - czułe uściski dla wszystkich zakochanych. Oby umieli dbać o kwiaty. I te pojedyncze i te w bukietach. Trzymali je czule i bez lęku. Tak by żaden się nie złamał, nie zgniótł, nie pękł. Żeby ich piękno mogło trwać niczym nieskrępowane. Niezależnie od wzorców - bo każdy związek jest czymś wyjątkowym.

Ot, taki układ. Nie nam go oceniać ;)

<inspiracją do wpisu był i mój sen i rozmowa z przyjaciółmi. Jej opis znajdziesz również tutaj: zapraszam do lektury>