luty15
W kulturach pierwotnych wierzy się, że substancje halucynogenne - święte rośliny, jak na przykład peyotl czy ayahuasca, które pozwalają szamanom na ich międzywymiarowe podróże - mają swojego ducha.
Nasza chrześcijańska mentalność narzuca nam sposób widzenia wszelkich bytów niematerialnych - są albo złe albo dobre. Świat pogański jest pełen szarości. Ducha peyotlu nie można nazwać demonem - we współczesnym, chrześcijańskim znaczeniu tego słowa (zły duch, diabeł, szatan), dlatego będę go tutaj nazywała daimonem, nawiązując do greckiego rodowodu tego słowa, które oznaczało podrzędnego bogom ducha (dobrego lub złego).
Każda roślina ma swojego daimona, niektóre z tych roślin były dla danych kultur synonimami bóstwa lub jego personifikacjami, pod którymi składano ofiary, urządzano rytualne uczty i modlono się.
Każdy uczeń szamana - musi spotkać podczas swojej nauki daimona substancji, którą jego mistrz uważa za swojego sprzymierzeńca w podróżach wzdłuż axis mundi - do światów niebiańskich, ziemskich i podziemnych. To spotkanie nie zawsze jest przyjemne. Bo daimony mają osobowość, mają swoich wybrańców i ulubieńców, ale nie dla wszystkich są łaskawe. Bywają też złośliwe, a nawet wrogie tym, którzy nieumiejętnie z nich korzystają. A czasem okrutne - tak po prostu. Są groźnymi bytami, które są świadome swojej siły. Dla ludzi powinny być drogą do celu, ale nie celem samym w sobie. I na różne sposoby krzywdzą tych, którzy o tym zapomnieli.
Te święte rośliny: halucynogenne grzyby, korzenie, nasiona i kaktusy czy wywar z ayahuaski mogą zaprowadzić nas w miejsca, w którym nasz umysł się zgubi. Jednak nie dzieje się to tak często - jak w przypadku na przykład heroiny.
Zupełnie jakby natura - zaprojektowała je dla nas. W przeciwieństwie do chemicznych substancji halucynogennych produkowanych przez ludzi. Które same w sobie - są jednym wielkim eksperymentem nad wytrzymałością ciała i umysłu ludzkości.
LSD (jej dalekim źródłem jest sporysz) może zaprowadzić nas do raju, ale i do piekła. Może, gdybyśmy byli szamanami - umielibyśmy zapanować nad tym daimonem, ale nie jesteśmy. Z punktu widzenia szamanów chemiczne stymulatory naszego mózgu miotają naszymi duszami po wszystkich zakątkach wszechświata.
Na wycieczki w takie miejsca nie chodzi się bez przewodnika.
Nie chodzi się tam również ot tak sobie, dla rozrywki…
Myślę, że nie zastanawiałabym się nad tym wszystkim, gdybym nie spotkała jednego z pomniejszych daimonów i jego starszej siostry. Tymi działającymi na mniejszą skalę - na kolor szkieł przez które postrzegamy rzeczywistość. A stało się to zupełnie przypadkiem. I wynik trochę mnie zaskoczył, a trochę przestraszył.
Wszystko zaczęło się od rzucania palenia. Zdarzało mi się odstawiać papierosy na kilka lat, a potem do nich wracać już wcześniej, ale zazwyczaj robiłam to bez żadnego wspomagania w postaci gum, plasterków etc. Proces był bolesny dla mnie i pobliskich, długi i pełen zadziwiających zwrotów akcji. Jednak fizyczny głód z którym walczyłam był na tyle dominujący - że nie miałam jak rozpoznać tego, co dzieje się z moją psychiką po odstawieniu fajek. Co - oprócz koncentracji na walce z nałogiem.
Tym razem - psychicznie rozbita, niezbyt zdecydowana, niezdolna do konsekwencji - kupiłam sobie plasterki nikotynowe. Postanowiłam rzucić nawet wbrew sobie. W związku z tym - przy totalnej słabości psychicznej - rzucam i rzucam i rzucić nie mogę. Naklejam plasterek, po 2 dniach - zapalam papierosa. Nie palę 3 tygodnie - ściągam plaster - po dwóch dniach palę znowu.
Metoda - tj. plasterki - jest sama w sobie genialna. Bo całkowicie eliminuje głód fizyczny. Nie jestem zirytowana, nie jem wszystkiego i bez przerwy, nic mnie nie boli, serce pracuje regularnie. I gdybym była naprawdę, naprawdę przekonana - to nic nie stoi na przeszkodzie, żebym przez ostatnie pół roku nie zapaliła nawet jednego papierosa. No ale uzależnienie to nie tylko ciało, a mi tego przeklętego przekonania po prostu brak, z różnych względów. To co w plasterkach jest świetne - to to, że z czasem mogę je zmieniać coraz rzadziej. Jeden zaczyna starczyć na 2 - 3 dni. Organizm odzwyczaja się od nikotyny, choć ma do niej bezpośredni dostęp. Nie wiem, jak to sobie wytłumaczyć.
Ostatnio miałam taką przygodę - nakleiłam plasterki. 3 starczyły mi bez problemu na tydzień. Ale po tygodniu - nie nakleiłam kolejnego i zapaliłam papierosa. Wypaliłam kilka papierosów przez trzy dni - po czym znowu (pełna animuszu) nakleiłam plasterek.
I wtedy jakby mnie grzmotnęło.
Tytoń w naszych papierosach - jest przesycony różnymi substancjami chemicznymi, które przyspieszają jego wzrost, chronią od chorób,które następnie przyspieszają suszenie zebranej rośliny i chronią ją przed grzybami w trakcie tego procesu. Tytoń w papierosach to tytoń najgorszego sortu. Odpady, chorowite i uszkodzone rośliny - cały ten syf razem z chemią trafia do papierosów. A bibułki też bywają różne. Filtry też (kiedyś w jednym znalazłam całą drzazgę!).
Kiedy mówię papieros - wcale nie mówię TYTOŃ, a już tym bardziej nie mówię NIKOTYNA.
A tymczasem czysta nikotyna pod plasterkiem - toż to samo szczęście. Mało, że sama w sobie zdaje się mnie od siebie odzwyczajać. To jeszcze wnosi tyle słońca i radości w moje życie, że wprost zarażam optymizmem. Pracuję za trzy osoby, sprzątam wszystko wokół, przesadzam roślinki i znajduję czas na długie wygłaskiwanie kotów i psów swoich i obcych. Pomian chodzi spokojny i uśmiechnięty, a ja z radością się budzę. Wypoczywam szybciej, wolniej się męczę.
I naprawdę, naprawdę nie myślę przy niej o jej młodszym, zwyrodniałym bracie - Papierosie.
Gdybym została jej wierna - byłabym wzorem wszelkich cnót. I może to powoduje, że z czasem zaczynam jakby wątpić… W nią nie, raczej w siebie. Myślę sobie - no kurna, nie mogę z tym optymizmem. Odstawiam ją święcie przekonana, że już jestem wolna od nałogu (po tygodniu - jasne i co jeszcze? ;)) po czym po dwóch dniach NIE stwierdzam, że jestem na fizycznym głodzie. Stwierdzam - tak mnie to wkurwia, kurna, że sobie kurna zapalę bo mam to kurna wszystko daleko i głęboko, więc czemu nie?
Czyżby ktoś mnie wołał?
I oto spotykam Ciebie - mój własny wrogu. Przychodzisz nonszalancko w dymie. Masz w sobie czar grunge’u, łobuzerski urok zakazanego. Na początku tylko odrywasz moje myśli od rzeczy przyziemnych, ale już za drugim razem słyszę jakiś dziwny szept, gdzieś w środku, że przecież mi się wcale nie chcę robić tego co robię. Szept jest jakby mój. Przyswoiłam go jako swojego, ale czemu się dziwić - palę z przerwami przez 12 lat. A Ty mówisz dalej o tym, że nie warto się przejmować, ale z drugiej strony, taka się robię nagle wrażliwa i drażliwa. I tworzy się we mnie wybuchowa mieszanka - nadmiernego przeżywania wszystkiego - z totalną olewką. Każda drobna przeszkoda - wywołuje irytację, każda większa - odwrócenia się na pięcie i odejścia na zawsze. Zaczynam zanieczyszczać wszystko wokół. W szafie pierdolnik, Pomian nieszczęśliwy. Koty smutne, roślinki niby podlane, ale jakby klapnięte (geranium przestaje pachnieć!). Ja oglądam Trainspotting, wokół komputera sterta chusteczek do nosa, szklanki, papiery. Niczego nie robię kiedy powinnam i w końcu wszystko robię w pośpiechu, którego nie cierpię.
Patrzę sobie w oczy - i nic już nie ma sensu. Mam ochotę nie wstawać, nie wychodzić, nie spotykać się z nikim. Knajpa dla niepalących to miejsce, do którego nie wchodzę.
W końcu, doprowadzona do ostateczności swoją autodestrukcją, sięgam z lękiem przed męczarnią rzucania, zmęczona, podporządkowana po plasterek. Najpierw gryzie, potem swędzi. W głowie się kręci, nogi jak z waty. Mija pierwszy dzień i…
Słoneczko świeci przez chmurki, nic to, że śnieg z deszczem wprost na moją grzywkę, nic to, że jest 6 rano i wszyscy (kurna - podpowiada stary nałóg) jeszcze śpią. Ja już biegnę do swojej pracy, która w końcu wcale nie jest taka zła i radośnie zaczynam zmieniać wazony podśpiewując kolędy (to też taki stary nałóg… bardzo dziwny. Nie rozumiem go.) I wszystko jakby takie ładne i nawet Pomian jakiś taki ładniejszy z pyska. A współpracownicy - choć lenie, to przecież całkiem mi obojętni, więc czym tu się przejmować?
I tak po kilku podobnych przejściach, od plasterków do papierosów i z powrotem, zaczęłam się zastanawiać…
No bo, każde z nich mi o mnie kłamie. Teraz w końcu to widzę! Sama już nie wiem, jak to jest być mną bez nich.
Ostatecznie - wolałabym czuć wolność. On - ciągle mnie mami, że wolność jest w nim, ale dopiero z nią - nie marzę o wolności. Czuję się wolna.
Duch nikotyny ma w sobie kwintesencję radości życia. Która z dystansem podchodzi do potknięć i problemów. Takich organicznych, płynnych, niedoskonałości życia. To co on mi daje - to pozorna ucieczka od norm. W rzeczywistości - wikła mnie w nie jeszcze bardziej…
I to co w tym wszystkim najważniejsze - mam w końcu prawdziwą motywację do rzucenia palenia
Rzucę go w jej ramionach, a potem pożegnam się z nią z uśmiechem. Mam nadzieję, ze na zawsze, mam nadzieję, że na zawsze zapamiętam, to czego mnie o mnie nauczyła.
Każdy trafia w końcu na jakiegoś daimona a każdy daimon może bawić się z nami lub nami. Poznałam kilku z którymi lubię spędzać czas i kilku, których zdecydowanie nie mogę ścierpieć. Wiem, do czego potrzebuję tych, z którymi się lubię i umiem ich sobie dozować w odpowiednich ilościach.
I tylko wciąż nie potrafię zrozumieć, jak to jest, że Ci, których naprawdę, wewnętrznie nie znosimy - najczęściej nas wszystkich uzależniają…?
Czemu pozwalamy sobie patrzeć na świat przez ich mroczne, zamglone okulary?
I czemu zazwyczaj ich pochodzenie wcale nie jest organiczne - tylko przesycone chemią i całą ludzką chciwością i bezwzględnością…
Nie wiem.