Grzywka Niesforna

kilka słów o niesforności własnej

Straszliwa bajka o śmieciach…

marzec25

27.03 mamy wszyscy w akcie symbolicznego heroizmu przez godzinę siedzieć po ciemku (akcja “Godzina dla Ziemi”)

Heroizm to nie jest coś co Grzyfki lubią najbardziej, wolę sobie śmieci grzecznie posegregować, albo wykorzystać na notatki jakieś walające się tekturki, i  właśnie zdarzyła się okazja by napisać poemat o tej szczytnej czynności, jaką jest wrzucanie właściwych odpadków do właściwych pojemników.

I oto jest - poema…

W zamku mrocznym i straszliwym
Żył Wampirek nieszczęśliwy.
Wątłe nóżki miał i rączki,
A krew niewiast pił przez smoczki.
Smoczek wstyd dla Wampa wielki,
Jeszcze większy: w groszki szelki,
Ale Wampir był drobniutki,
Głodny bardzo i cieniutki,
Spodnie z pupki mu spadały,
Szelki je podtrzymywały.

Ongiś lepiej mu bywało:
Silne miał i mężne ciało,
Niewiast łowił całe pęczki,
Niepotrzebne były szelki…
Jednak czasy się zmieniły.
Świat dziś brudny, szary, zgniły.
Wszędzie śmieci się walają,
Ludzie o nic dziś nie dbają!
I tak zamek ów straszliwy,
Śmieci w śmietnik zamieniły…

Gdy Wampirek był gotowy
Z trumny wstawał - szedł na łowy.
Noce jasne, księżycowe
Upoluje białogłowę!
Idzie nasz Wampirek dzielny,
Kroki stawia (siebie pewny),
Jednak stopa jego blada
Na butelkę naraz wpada!
Łomot wielki się podnosi,
Wpadł Wampirek w puszek stosik!
No i zęby swe straszliwe
Nabił w puszkę - zamiast w szyję!

Problem zrobił się nielada,
Do dentysty Wampir wpada.
Puszkę trzeba było rozciąć,
Razem z puszką - zęby odciąć!
I tak Wampir nasz jedyny,
Tak samotny, nieszczęśliwy,
Nabył smoczek i po zmroku
Pije dziś butelkę soku…

Z tego morał dla Was dzieci:
Chroń wampiry - zbieraj śmieci

Rezerwaty w zamkniętej strefie…

marzec6

…wokół Czarnobyla

Taki postapokaliptyczne obrazki - całkiem mi odpowiadają ;)

Yulunga

marzec2

moja dusza pochyla się

dotykam czołem ziemi

ucho przy dłoni

biała krew huczy w żyłach świata

słyszę ten rytm

zapach ziemi

jej ciężar

jedyna modlitwa, która znam.


Tanio i ekologicznie

marzec2

Zazwyczaj to, co ekologiczne - kojarzy nam się z tym, co drogie albo przynajmniej wymagające wysiłku.

Ale ekologia oznacza przede wszystkim oszczędność. Też tę finansową. Bo jeśli kupimy ekologiczną pralkę - zużyje ona mniej prądu i wody, a więc zapłacimy mniejsze rachunki.

Dzisiaj - kiedy wybieramy się do sklepu ze sprzętem AGD - w poszukiwaniu pralek, lodówek czy zmywarek z oznaczeniem AA+ - czyli energooszczędnych - nie widzimy już wygórowanych cen. Są pralki, które pobierają więcej prądu, niż energooszczędne, a są droższe!

Możemy kupić pralkę tanio i jeszcze oszczędzać za każdym razem, kiedy ją włączamy.

I to oszczędzać nie tylko pieniądze, ale i środowisko.

Świetnym przewodnikiem po takich ekologicznych zakupach sprzętu będzie ta strona:

Ekologiczne TOPTEN

Znajdziemy tam toplisty po 10 najlepszych, energooszczędnych produktów w danej dziedzinie:

żarówek, pralek, zmywarek, samochodów, lodówek, a nawet kotłów, silników i pomp

Autorem strony jest: Fundacja na rzecz Efektywnego Wykorzystania Energii
Zajrzyjcie tam koniecznie przed kolejnymi zakupami.

Po co marnować czas, pieniądze i zasoby naszej planety?

Gdyby jednak nie udało Wam się zdobyć modeli wymienionych w TOPTEN -poprawej stronie każdej listy - znajduje się dokładna specyfikacja klasycznego nieekologicznego sprzętu. Każdy sprzęt o lepszych parametrach - będzie ekonomiczniejszy.

Pamiętajcie, że w pralkach klasa powinna być AA+, zużycie wody poniżej 45l na cykl, a prądu poniżej 1 kWh/cykl - im niższe są te wartości - tym mniej Was będzie kosztowało pranie. Takie informacji powinien Wam udzielić sprzedawca. Ekologiczną pralkę można kupić już w granicach 1100 złotych.

Zielone buziaki :D

Komu możesz pomóc w środę?

luty18

Zostało ich w polskich lasach 200.

zdjęcie z galerii naturephoto-cz.eu

zdjęcie z galerii naturephoto-cz.eu

Pomóż uratować rysie - kup piksel
to tylko 10 zł.

Akcja zorganizowana przez WWF.

Petycja na poniedziałek

luty16

Petycje, które możesz podpisać - PRZECIWKO POŁOWOM WIELORYBÓW:

greenpeace

www.whalesrevenge.com

National Geographic

National Geographic

Korzystając z okazji chciałabym Wam przypomnieć, że nie tylko wielkie ssaki potrzebują Waszej pomocy:

CZERWONA LISTA GREENPEACE: przewodnik po zagrożonych gatunkach morskich.

Co możesz zrobić? Możesz ich po prostu nie kupować i nie jeść - w ten sposób - zmniejszając popyt zmniejszasz ilość zabijanych zwierząt. Zrób co w Twojej mocy by ograniczyć liczbę poławianych ryb.

Również farmy ryb morskich stanowią zagrożenie dla żyjących na wolności ryb. Hodowane w niewoli ryby trzeba czymś karmić:

“Aby uzyskać kilogram tuńczyka, trzeba złowić 20 kilogramów ryb na paszę”…

EKO PORADA NA DZIŚ :P
Ładowarki do komórek:
Należy pamiętać, że pozostawione w gniazdku, nawet kiedy nie ładują telefonu pobierają prąd!

O dymnym demonie słów kilka

luty15

W kulturach pierwotnych wierzy się, że substancje halucynogenne - święte rośliny, jak na przykład peyotl czy ayahuasca, które pozwalają szamanom na ich międzywymiarowe podróże - mają swojego ducha.

Nasza chrześcijańska mentalność narzuca nam sposób widzenia wszelkich bytów niematerialnych - są albo złe albo dobre. Świat pogański jest pełen szarości. Ducha peyotlu nie można nazwać demonem - we współczesnym, chrześcijańskim znaczeniu tego słowa (zły duch, diabeł, szatan), dlatego będę go tutaj nazywała daimonem, nawiązując do greckiego rodowodu tego słowa, które oznaczało podrzędnego bogom ducha (dobrego lub złego).

Każda roślina ma swojego daimona, niektóre z tych roślin były dla danych kultur synonimami bóstwa lub jego personifikacjami, pod którymi składano ofiary, urządzano rytualne uczty i modlono się.

Każdy uczeń szamana - musi spotkać podczas swojej nauki daimona substancji, którą jego mistrz uważa za swojego sprzymierzeńca w podróżach wzdłuż axis mundi - do światów niebiańskich, ziemskich i podziemnych. To spotkanie nie zawsze jest przyjemne. Bo daimony mają osobowość, mają swoich wybrańców i ulubieńców, ale nie dla wszystkich są łaskawe. Bywają też złośliwe, a nawet wrogie tym, którzy nieumiejętnie z nich korzystają. A czasem okrutne - tak po prostu. Są groźnymi bytami, które są świadome swojej siły. Dla ludzi powinny być drogą do celu, ale nie celem samym w sobie. I na różne sposoby krzywdzą tych, którzy o tym zapomnieli.

Te święte rośliny: halucynogenne grzyby, korzenie, nasiona i kaktusy czy wywar z ayahuaski mogą zaprowadzić nas w miejsca, w którym nasz umysł się zgubi. Jednak nie dzieje się to tak często - jak w przypadku na przykład heroiny.

Zupełnie jakby natura - zaprojektowała je dla nas. W przeciwieństwie do chemicznych substancji halucynogennych produkowanych przez ludzi. Które same w sobie - są jednym wielkim eksperymentem nad wytrzymałością ciała i umysłu ludzkości.

LSD (jej dalekim źródłem jest sporysz) może zaprowadzić nas do raju, ale i do piekła. Może, gdybyśmy byli szamanami - umielibyśmy zapanować nad tym daimonem, ale nie jesteśmy. Z punktu widzenia szamanów chemiczne stymulatory naszego mózgu miotają naszymi duszami po wszystkich zakątkach wszechświata.

Na wycieczki w takie miejsca nie chodzi się bez przewodnika.

Nie chodzi się tam również ot tak sobie, dla rozrywki…

Myślę, że nie zastanawiałabym się nad tym wszystkim, gdybym nie spotkała jednego z pomniejszych daimonów i jego starszej siostry. Tymi działającymi na mniejszą skalę - na kolor szkieł przez które postrzegamy rzeczywistość. A stało się to zupełnie przypadkiem. I wynik trochę mnie zaskoczył, a trochę przestraszył.

Wszystko zaczęło się od rzucania palenia. Zdarzało mi się odstawiać papierosy na kilka lat, a potem do nich wracać już wcześniej, ale zazwyczaj robiłam to bez żadnego wspomagania w postaci gum, plasterków etc. Proces był bolesny dla mnie i pobliskich, długi i pełen zadziwiających zwrotów akcji. Jednak fizyczny głód z którym walczyłam był na tyle dominujący - że nie miałam jak rozpoznać tego, co dzieje się z moją psychiką po odstawieniu fajek. Co - oprócz koncentracji na walce z nałogiem.

Tym razem - psychicznie rozbita, niezbyt zdecydowana, niezdolna do konsekwencji - kupiłam sobie plasterki nikotynowe. Postanowiłam rzucić nawet wbrew sobie. W związku z tym - przy totalnej słabości psychicznej - rzucam i rzucam i rzucić nie mogę. Naklejam plasterek, po 2 dniach - zapalam papierosa. Nie palę 3 tygodnie - ściągam plaster - po dwóch dniach palę znowu.

Metoda - tj. plasterki - jest sama w sobie genialna. Bo całkowicie eliminuje głód fizyczny. Nie jestem zirytowana, nie jem wszystkiego i bez przerwy, nic mnie nie boli, serce pracuje regularnie. I gdybym była naprawdę, naprawdę przekonana - to nic nie stoi na przeszkodzie, żebym przez ostatnie pół roku nie zapaliła nawet jednego papierosa. No ale uzależnienie to nie tylko ciało, a mi tego przeklętego przekonania po prostu brak, z różnych względów. To co w plasterkach jest świetne - to to, że z czasem mogę je zmieniać coraz rzadziej. Jeden zaczyna starczyć na 2 - 3 dni. Organizm odzwyczaja się od nikotyny, choć ma do niej bezpośredni dostęp. Nie wiem, jak to sobie wytłumaczyć.

Ostatnio miałam taką przygodę - nakleiłam plasterki. 3 starczyły mi bez problemu na tydzień. Ale po tygodniu - nie nakleiłam kolejnego i zapaliłam papierosa. Wypaliłam kilka papierosów przez trzy dni - po czym znowu (pełna animuszu) nakleiłam plasterek.

I wtedy jakby mnie grzmotnęło.

Tytoń w naszych papierosach - jest przesycony różnymi substancjami chemicznymi, które przyspieszają jego wzrost, chronią od chorób,które następnie przyspieszają suszenie zebranej rośliny i chronią ją przed grzybami w trakcie tego procesu. Tytoń w papierosach to tytoń najgorszego sortu. Odpady, chorowite i uszkodzone rośliny - cały ten syf razem z chemią trafia do papierosów. A bibułki też bywają różne. Filtry też (kiedyś w jednym znalazłam całą drzazgę!).

Kiedy mówię papieros - wcale nie mówię TYTOŃ, a już tym bardziej nie mówię NIKOTYNA.

A tymczasem czysta nikotyna pod plasterkiem - toż to samo szczęście. Mało, że sama w sobie zdaje się mnie od siebie odzwyczajać. To jeszcze wnosi tyle słońca i radości w moje życie, że wprost zarażam optymizmem. Pracuję za trzy osoby, sprzątam wszystko wokół, przesadzam roślinki i znajduję czas na długie wygłaskiwanie kotów i psów swoich i obcych. Pomian chodzi spokojny i uśmiechnięty, a ja z radością się budzę. Wypoczywam szybciej, wolniej się męczę.

I naprawdę, naprawdę nie myślę przy niej o jej młodszym, zwyrodniałym bracie - Papierosie.

Gdybym została jej wierna - byłabym wzorem wszelkich cnót. I może to powoduje, że z czasem zaczynam jakby wątpić… W nią nie, raczej w siebie. Myślę sobie - no kurna, nie mogę z tym optymizmem. Odstawiam ją święcie przekonana, że już jestem wolna od nałogu (po tygodniu - jasne i co jeszcze? ;)) po czym po dwóch dniach NIE stwierdzam, że jestem na fizycznym głodzie. Stwierdzam - tak mnie to wkurwia, kurna, że sobie kurna zapalę bo mam to kurna wszystko daleko i głęboko, więc czemu nie?

Czyżby ktoś mnie wołał?

I oto spotykam Ciebie - mój własny wrogu. Przychodzisz nonszalancko w dymie. Masz w sobie czar grunge’u, łobuzerski urok zakazanego. Na początku tylko odrywasz moje myśli od rzeczy przyziemnych, ale już za drugim razem słyszę jakiś dziwny szept, gdzieś w środku, że przecież mi się wcale nie chcę robić tego co robię. Szept jest jakby mój. Przyswoiłam go jako swojego, ale czemu się dziwić - palę z przerwami przez 12 lat. A Ty mówisz dalej o tym, że nie warto się przejmować, ale z drugiej strony, taka się robię nagle wrażliwa i drażliwa. I tworzy się we mnie wybuchowa mieszanka - nadmiernego przeżywania wszystkiego - z totalną olewką. Każda drobna przeszkoda - wywołuje irytację, każda większa - odwrócenia się na pięcie i odejścia na zawsze. Zaczynam zanieczyszczać wszystko wokół. W szafie pierdolnik, Pomian nieszczęśliwy. Koty smutne, roślinki niby podlane, ale jakby klapnięte (geranium przestaje pachnieć!).  Ja oglądam Trainspotting, wokół komputera sterta chusteczek do nosa, szklanki, papiery. Niczego nie robię kiedy powinnam i w końcu wszystko robię w pośpiechu, którego nie cierpię.

Patrzę sobie w oczy - i nic już nie ma sensu. Mam ochotę nie wstawać, nie wychodzić, nie spotykać się z nikim. Knajpa dla niepalących to miejsce, do którego nie wchodzę.

W końcu, doprowadzona do ostateczności swoją autodestrukcją, sięgam z lękiem przed męczarnią rzucania, zmęczona, podporządkowana po plasterek. Najpierw gryzie, potem swędzi. W głowie się kręci, nogi jak z waty. Mija pierwszy dzień i…

Słoneczko świeci przez chmurki, nic to, że śnieg z deszczem wprost na moją grzywkę, nic to, że jest 6 rano i wszyscy (kurna - podpowiada stary nałóg) jeszcze śpią. Ja już biegnę do swojej pracy, która w końcu wcale nie jest taka zła i radośnie zaczynam zmieniać wazony podśpiewując kolędy (to też taki stary nałóg… bardzo dziwny. Nie rozumiem go.) I wszystko jakby takie ładne i nawet Pomian jakiś taki ładniejszy z pyska. A współpracownicy - choć lenie, to przecież całkiem mi obojętni, więc czym tu się przejmować?

I tak po kilku podobnych przejściach, od plasterków do papierosów i z powrotem, zaczęłam się zastanawiać…

No bo, każde z nich mi o mnie kłamie. Teraz w końcu to widzę! Sama już nie wiem, jak to jest być mną bez nich.

Ostatecznie - wolałabym czuć wolność. On - ciągle mnie mami, że wolność jest w nim, ale dopiero z nią - nie marzę o wolności. Czuję się wolna.

Duch nikotyny ma w sobie kwintesencję radości życia. Która z dystansem podchodzi do potknięć i problemów. Takich organicznych, płynnych, niedoskonałości życia. To co on mi daje - to pozorna ucieczka od norm. W rzeczywistości - wikła mnie w nie jeszcze bardziej…

I to co w tym wszystkim najważniejsze - mam w końcu prawdziwą motywację do rzucenia palenia :D

Rzucę go w jej ramionach, a potem pożegnam się z nią z uśmiechem. Mam nadzieję, ze na zawsze, mam nadzieję, że na zawsze zapamiętam, to czego mnie o mnie nauczyła.

Każdy trafia w końcu na jakiegoś daimona a każdy daimon może bawić się z nami lub nami. Poznałam kilku z którymi lubię spędzać czas i kilku, których zdecydowanie nie mogę ścierpieć. Wiem, do czego potrzebuję tych, z którymi się lubię i umiem ich sobie dozować w odpowiednich ilościach.

I tylko wciąż nie potrafię zrozumieć, jak to jest, że Ci, których naprawdę, wewnętrznie nie znosimy - najczęściej nas wszystkich uzależniają…?

Czemu pozwalamy sobie patrzeć na świat przez ich mroczne, zamglone okulary?

I czemu zazwyczaj ich pochodzenie wcale nie jest organiczne - tylko przesycone chemią i całą ludzką chciwością i bezwzględnością…

Nie wiem.

Flower…power?

luty11

Taką oto grę florystyczną, a właściwie florystycznoekologiczną wizję grywalną (?) wynalazł dla mnie Pomian.

Zastanawiam się, czy to jakoś świadczy o potrzebach naszego pokolenia, które w sieci siedzi częściej niż w realu. O cywilizacji, w której gry komputerowe spowodowały masowy exodus dzieci z placów zabaw.

Ale może ten właśnie fakt, że uciekamy od rzeczywistości w stopniu większym niż kiedykolwiek - w net, gry, rpg, narkotyki - świadczy o tym, że to nie z nami jest coś nie tak. Tylko ze światem. Który przestał zaspokajać ludzkie potrzeby.

Żyjąc dzień po dniu w metropoliach, które NIE SĄ przystosowane do życia, szukamy po drugiej stronie monitora - natury. To da się łatwo wytłumaczyć - coraz trudniej znaleźć nam czas na wyrwanie się z miasta, a to co widzimy za oknem wpędza nas w depresję.

Mury, kominy, śmieci, spaliny, umierające na poboczach głównych dróg drzewa. Budowane bez (prl-owskiego) ładu i składu osiedla - jedne na drugich, okno w okno, by zmieścić jak najwięcej mieszkań, na jak najmniejszej powierzchni i nabić kabzy deweloperów - nie dają nam poczucia intymności, ani wspólnoty.

Centrum miasta przenosi się do naszych bloków i kamienic - ilość sąsiadów przekracza możliwości pamięci i standardowe potrzeby społeczne przeciętnego Kowalskiego. I wieczny hałas…

Mam to szczęście, że moja praca wiąże się z roślinami. Pracuję w ich otoczeniu, dotykam ich, dbam o nie, często walczę o ich życie w klimatyzowanych, przegrzewanych, przesuszanych ekosystemach biurowców. Uczę się o nich, czytam o ich potrzebach i mówię o nich. Z zatłoczonego autobusu i gwaru miasta - wkraczam w świecką, a jednak świętą, przestrzeń natury. Komercyjną, konsumpcyjną, ale odrębną. Prosto w soczystą zieleń liści i łodyg i zapach kwiatów. Grzebię w ziemi i mchach, wygładzam nierówne krawędzie wiklinowych koszy i układam kompozycję z szyszek i patyków codziennie.

Gdyby nie to - dawno bym zmarniała i uschła.

Rozumiem doskonale pokolenie internetowych szperaczy i nałogowych graczy, którzy szybciej odnajdą wejście USB niż przypomną sobie nazwę hiacynta. Rozumiem dlaczego szukają ukojenia dla swojej psychiki, oczu i duszy - w takich sztucznie wykreowanych rzeczywistościach, jak ta przedstawiona powyżej.

Może zabrzmi to przewrotnie, bo pewnie powinno się to uznać za totalne zboczenie (”zamiast siedzieć przed monitorem wyszedłbyś/wyszłabyś pojeździć na rowerze, albo na spacer, albo COKOLWIEK!”), ja jednak uważam to zjawisko - za bardzo pozytywne. Oznacza ono - że nasza ludzka natura wcale się nie zmieniła przez te setki lat. Wciąż bez przyrody żyć nie możemy.
Może wolimy barwną grafikę od zaniedbanych parkowych alejek i obsranych wzdłuż i wszerz trawników, ale nikt mi nie powie, że łażenie po tych alejkach i trawnikach - przy akompaniamencie zakorkowanych ulic i wrzasku niemowląt w wózkach - jest kontaktem z przyrodą…

W miastach - tego kontaktu po prostu nie ma. Trzeba się go doszukiwać, trzeba umieć cieszyć się z rzeczy bardzo małych. Z biedronek zimujących w szparach okien i pelargonii, która umie wytrwać w stanie permanentnego kwitnienia - mimo buchających grzejników i braku słońca. A to dla większości mieszczuchów zbyt skromne, by można je było zauważyć, ucieleśnienie Gai.

Z kolei prawdziwa natura… no cóż. Gryzie, drapie, kąsa. Czasem jest za sucha, a czasem za mokra, czasem za gorąca, a czasem za zimna. Trzeba się nauczyć przyjaźni z nią, jak z każdym innym. A każda przyjaźń - wymaga przecież od nas tolerancji, zrozumienia i szacunku. Ale jest to przyjaźń niezbędna.

Kiedy widzę projekty ekologicznych, dopasowanych do okolicznych ekosystemów, samowystarczalnych miast - serce mi rośnie. Zresztą - spójrzcie sami:

Hiszpania

Zjednoczone Emiraty Arabskie

Estonia

Mam nadzieję, że dożyję czasów, kiedy takie miasta zaczną się pojawiać w Polsce. Póki co - radźmy sobie, jak umiemy, bo cóż innego nam pozostaje? Grajmy we “Flower”, spacerujmy po parkach, wyjeżdżajmy z miasta - kiedy tylko możemy, zwiedzajmy ogrody botaniczne i palmiarnie, i kupujmy kwiaty (najlepiej doniczkowe ;)). To nie nasza wina, że miasta wyglądają tak, jak wyglądają. Miejmy nadzieję, że władze tych miast - w końcu dostrzegą mieszkających w nich ludzi, ich i swoje własne potrzeby.

A jeśli możemy coś zmienić wokół siebie na lepsze - to zmieniajmy. Choćby tak:

PARTYZANTKA OGRODNICZA

:D

A na pocieszenie bo tym niezbyt optymistycznym (ale z pewnością MOTYWUJĄCYM, prawda?) wpisie piosenka

Uporządkujmy wegetariańsko-ekologiczne informacje… ;)

styczeń4

Więc było tak - wpisałam w googla hasło: galny wegetariańskie - grzywkaniesforna jest na pierwszej pozycji…

wpisałam w googla hasło - kosmetyki nietestowane na zwierzętach - grzywkaniesforna jest na szóstej pozycji.

Odpowiedzialność za wypisowane przeze mnie głupoty - przytłoczyła mnie dokumentnie.

W końcu - moje poszukiwania zaczęły się całkiem niedawno - i naprawdę wyważam tu mnóstwo otwartych drzwi. Ale kolejność w googlu zobowiązuje.

Więc mała aktualizacja poprzednich tematów:

1. Glany wegetariańskie o których pisałam tutaj - a które kupiłam w sklepie glany.pl - zdają egzamin. Noga się nie poci, glany trzymają ciepło, nie przepuszczają wilgoci i można (zgodnie z instrukcją) je pastować zwykłą pastą do butów. Materiał jest odrobinę bardziej elastyczny niż skóra, w związku z tym - mniej obcierają (jak wiadomo nowa para glanów dopasowuje zazwyczaj stopę do siebie ;)). Są warte swojej ceny (ok 400-450zł), wysyłka była błyskawiczna a kontakt ze sklepem - bardzo, bardzo miły.

I tak kochane firmy - tak to działa. Wy mi - jako wegetariance robicie dobrze, ja piszę o Was na swoim blogu i automatycznie lądujecie na pierwszej pozycji w najpopularniejszej wyszukiwarce internetowej w Polsce…

Ha! jestem opiniotwórcza :>

2. Strona: “OK! Nietestowane na zwierzętach” nie jest listą kosmetyków nietestowanych, którą kompletuje Klub OK!, nie jest też aktualizowana. Pojawia się jako pierwsza w googlu na hasło: kosmetyki nietestowane. Ale nie jest źródłem wiarygodnych informacji, o czym dowiedziałam się od Pana Roberta Surmy, czynnego działacza Klubu OK! - zajrzyjcie na stronę Klubu po informacje z pierwszej ręki. Strona z najbardziej wiarygodnymi informacjami na temat nietestowanych kosmetyków na polskim rynku znajduje się tutaj: Klub OK!

3. O tym, jakie są problemy z określeniem - jakie kosmetyki są nietestowane i co to w ogóle dzisiaj znaczy - pisałam szczegółowo tutaj.

4. Zgodnie z moimi informacjami - akcja Kwik Rozpaczy - organizacji VIVA! - jest nadal aktualna. Akcja ma na celu zakazanie w Polsce w chowie przemysłowym świń - stosowania kojców porodowych. Mam nadzieję, że uda się w ogóle zakazać chowu przemysłowego zwierząt… najlepiej w całej UE. No ale od czegoś trzeba zacząć - z tej strony można ściągnąć petycję, w cenie kosztów przesyłki - można było w sklepiku VIVY! zamówić pakiet związany z tą akcją - z ulotkami, plakatem, jedną kopią petycji itd. W tej chwili - widzę, że tego pakietu w ogóle nie ma. To dlatego, że w Vivie! panuje straszny pierdolnik… Od forum poczynając, przez sklep, na braku informacji kończąc. Mimo wszystko zachęcam do udziału w tej akcji, gdyż ratowanie świnek jest moim życiowym priorytetem :D

A VIVĘ opieprzam za to, że na odpowiedź czy dana akcja w ogóle jest aktualna (wysłałam zdaje się dwa maile i założyłam osobny wątek na forum) czekałam… dwa tygodnie. Kochana VIVO! - to dzięki wolontariuszom akcje w ogóle mogą być przeprowadzane - znajdźcie czas na kontakt z nimi i umieśćcie ważne informacje na temat akcji na swojej stronie w widocznym miejscu! Dwa tygodnie - to mnóstwo straconych podpisów…

4. Oznaczenia na jajkach: tutaj i tutaj. A o tym dlaczego te oznaczenia są aż tak bardzo ważne - czyli o koszmarze chowu klatkowego pisałam tutaj.

5. Regularnie testuję na sobie jakość wegetariańskich kosmetyków. Przynajmniej się staram - róże pierepałki z kosmetykami, internetowymi sklepikami i stopniowym dochodzeniem do godnych zaufania informacji na temat tego - co jest, co nie jest wege na drogeryjnych półkach - artykuliki tutaj
Ale - uwaga - pisałam też o firmie Argiletz i Farmona, które nie znajduję się na aktualnej liście Klubu OK! (Za to są na starej nieaktualnej liście).

6. Wegetariańskie sery żółte produkuje Mlekovita (podpuszczka zawarta w tych serach nie jest pochodzenia zwierzęcego). Czytajcie etykiety…

7. O proszkach do prania, które nie niszczą naszego Bałtyku - tutaj

8. A o tym, jak mieć czysty dom bez detergentów i bez wysiłku - TUTAJ!

I to tyle - z racji reklam i porządku, co chciałam powiedzieć.

Hipoteza Gai cz. 3

grudzień21

Skoro możemy pojmować Gaję w kategoriach fizjologicznych, jako jedno wielkie kosmiczne zwierzę, to trzeba też spytać o tego organizmu zmysły, ale żeby istniały zmysły - musi istnieć jakieś centrum informacyjne, które by odbierało i gromadziło całość dopływających z zewnątrz i z wewnątrz sygnałów i przetwarzało je na rozkazy, które koordynowałyby “funkcjonowanie organizmu jako całości”. Tym centrum u organizmów żywych - jest centralny ośrodek nerwowy.
Czy Gaja posiada taki mechanizm?
Na to pytanie starał się odpowiedzieć Peter Russel w książce “Global Brain” - analizując hipotezę Gai w kontekście neurofizjologii i informatyki.
I tu znowu wracamy do roli ludzkości w funkcjonowaniu życia na Ziemi.
“Zdjęcia satelitarne pokazują eksplozyjnie rozrastające się miasta, dramatycznie kurczące się lasy, zamierające ekosystemy coraz bardziej zanieczyszczonego środowiska Ziemi. Wywołujący te zmiany czynnik gra rolę patogenów, obcych względem ziemskiego organizmu elementów, najbliższych komórkom nowotworowym, które również zrodziły się z ciała swego gospodarza, by wreszcie jego kosztem osiągnąć sukces - i zginąć wraz z nim.
Ale ludzie zaczynają też spełniać inną funkcję. To oni są ziemską świadomością, to dzięki nom “organizm ziemski” poznać może zasady swego funkcjonowania, przewidzieć przyszłe wydarzenia, a nawet próbować zaradzić niekorzystnym następstwom.”

Na jakim etapie jest więc formowanie się mózgu Gai?

“Nowoczesna komunikacja stworzyła - a właściwie jest w trakcie stwarzania - zintegrowane sieci w miejsce dotychczasowego konglomeratu poszczególnych osobników, grup czy plemion. W rozwoju osobniczym mózgu ludzkiego w pierwszej fazie wzrostu (od drugiego miesiąca życia, przez okres pięciu tygodni)(…) [następuje gwałtowne namnażanie] neuronów, które przyrastają w tempie kilku milionów dziennie. Komórki te nie są jednak ze sobą zespolone i stanowią dość luźną asocjację, nie tworzącą zintegrowanej całości. WQ drugim etapie wzrostu ilość przyrastających komórek spada, następuje natomiast ich łączenie się poprzez rozgałęziające się szlaki połączeń synaptycznych - dendryty. Jak pisze Russel >> ludzkość wykazuje oznaki wchodzenia w analogiczną dla tego drugiego okresu fazę<<. Rodzi się nowa jakość, globalny mózg, centralny układ nerwowy Ziemi. Po czterech miliardach lat Ziamia być może wkracza w zupełnie nową fazę swego rozwoju.”

Ciągnąc dalej tę myśl - możemy przypuścić, że we wszechświecie istnieje więcej planet nadających się do zasiedlenia, a więc możliwe jest, że kiedy już życie zasiedli te planety - nawiążą one ze sobą kontakt i powstanie rodzaj “galaktycznego superorganizmu”, a dalej, kto wie, może, tak jak sobie gdybał Russel “Cały Wszechświat (…) może stać się kiedyś jednym żywym systemem” :D

I ostatni jeszcze punkt wywodu Ryszkiewicza. Gdyby rozpatrywać hipotezę Gai w kategoriach teologicznych, to jaką religię dałoby się na jej podstawie stworzyć?

“Jej [Gai] teologia (…) prowadzi do bezosobowego, deistycznego lub panteistycznego Boga, nieodróżnialnego w istocie od samej Natury. Świat Gai jest światem współuczestnictwa żywych istot w rzeczywistości wyższego rzędu, światem raczej samostwarzającym się niż stwarzanym, samoregulującym się raczej niż znajdującym pod opieką. JEst to świat (niemal) wiecznego trwania, cyklicznej raczej niż kierunkowej historii (czy może brak historii właśnie), świat odporny na zakłócenia i niełatwy do zniszczenia. Jego Bóg jest podobny do Tao, o którym można medytować lub w którym można się roztopić, ale przed którym nie sposób się korzyć, i do którego niełatwo się modlić”.

Streściłam tu tylko wstęp do książki Ryszkiewicza, który stanowi śledzenie powolnego rozwoju “metafory”, która w czasach współczesnych stała się hipotezą Gai, poprzez ciąg myśli ludzkiej - poczynając od najpierwotniejszych, animistycznych wierzeń, aż po naukowców i myślicieli współczesnych. Ja jednak potraktuję część poświęconą animizmowi, jako zakończenie tego długaśnego, trzyczęściowego wpisu.
Ryszkiewicz opisuje wierzenia naszych praszczurów lepiej, niż niejeden antropolog i naprawdę warto w jego rozważania się zagłębić. Ale to co najbardziej dla mnie istotne, to to, że zwraca uwagę na pełną świadomość ludzi pierwotnych, że nie tylko Ziemia jest im potrzebna do życia, ale że i oni - są jej niezbędni do właściwego funkcjonowania. Nasi przodkowie starali się współuczestniczyć w cyklach życia poprzez rytuały, ofiary, ale przede wszystkim poprzez świadome życie w zgodzie z naturą i jej rytmem. Myślę, że żyję w naprawdę ciekawych czasach, skoro dziś nauka, na podstawie czysto racjonalnych przesłanek jest w stanie potwierdzić intuicyjne przekonania naszych najdalszych przodków. I potwierdzić sensowność ich religijnych przekonań - za pomocą miar i wag ;)
To, że człowiek zaczyna być świadomy swojego wpływu na klimat i ekosystem Ziemi, a także zaczyna podejmować decyzje, które mają powstrzymać destrukcję środowiska, w którym żyje, że dzięki sieciom komunikacyjnym - ludzie na całym świecie dowiadują się o nich i mogą wprowadzać je w małym zakresie do swojego życia - to wszystko daje nadzieję, że zanim się zniszczymy, zanim do reszty zrakowaciejemy - może jednak uda nam się zacząć funkcjonować jak zdrowy mózg naszej planety - i wspomagać ją w większym stopniu, niż niszczyć.

No i będziemy mieć w końcu Erę Wodnika :D

Czego Wam, Waszym dzieciom i wnukom - z całego serca życzę ;)

Wpis powstał na podstawie pierwszego rozdziału (s.13-47) książki Marcina Ryszkiewicza “Matka Ziemia w przyjaznym kosmosie”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994. Przy okazji chciałabym podziękować (też internetowemu) antykwariatowi ATTICUS, który wyszperał dla mnie tę prawie nieosiągalną książkę. Tak więc antykwariat ATTICUS POLECAM i wszem i wobec REKLAMUJĘ :P
« Older Entries