***
Są miejsca, w których samo nasze istnienie staje się modlitwą.
I do tych miejsc dzisiaj tęsknię.
Są miejsca, w których samo nasze istnienie staje się modlitwą.
I do tych miejsc dzisiaj tęsknię.
Ważnym działem nowożytnej myśli ludzkiej są rozważania o tym, jak wiele nas oddziela od zwierząt. I chociaż dawno temu przyszedł Darwni i powiedział - że nie tak wiele - to jednak dla większości z nas pocieszające jest chrześcijańskie zapewnienie, że choćby nie wiem co nauka udowodniła - zwierzę przynajmniej nie ma duszy. I kropka.
Nauka, która ponoć jest obiektywnym narzędziem, które za prawdę uznaje tylko poparte swoimi dowodami hipotezy (czyli tezy). W rękach ludzi, którzy obiektywni nie są - zazwyczaj zanim te hipotezy poprze bądź nie - grzmi o nich jakby były prawdami ostatecznymi.
I tak - zwierzę miało nie być inteligentne, miało nie mieć samoświadomości, miało nie mieć wyobraźni abstrakcyjnej, miało nie mieć świadomości śmierci, moralności, a wybory dokonywać wyłącznie na skutek działania instynktów.
Nie ważne, że człowiek buduje miasta, pisze książki i płaci składki do ZUSu. Człowiek, by poczuć się bezpiecznie sam ze sobą - musiał jeszcze wymyślić te wszystkie wymienione powyżej zarozumiałe dyrdymały, które… inny człowiek następnie obalił.
Okazuje się, że zwierzę takie jak delfin, w przeciwieństwie do niektórych ludzkich plemion, ma świetnie rozbudzoną wyobraźnię abstrakcyjną, co pozwala mu rozpoznać w dwuwymiarowym rysunku wiadra - dany przedmiot. Mimo że nie jest mu to potrzebne do życia, bo w oceanie, jak wiadomo, nie ma zbyt wielu plakatów.
Gorylica i szympansica, a nawet delfinica - będą się godzinami mizdrzyły do swoich odbić w lustrze. Te dwie pierwsze z przyjemnością szminkując sobie przy okazji usta. Delfinica też by chciała, ale nie ma ewolucyjnie przystosowanej do trzymania szminki płetwy
A słonica pozostająca ze swoim umierającym z pragnienia słoniątkiem na pewną śmierć - dokonuje takiego samego wyboru moralnego, jak kobieta postępująca w ten sam sposób ze swoim ludzkim dzieckiem.
i tak dalej, i tym podobne
Niedawno padł ostatni bastion ścisłej granicy między nami a nimi. Argument komunikacji i kultury. No bo choćbyśmy byli nie wiem jak pewni, że zwierzęta nie mają języka tylko komunikaty, i nie mają gramatyki i nie mają poezji i nie gadają dla samego gadania - no to zawsze jeszcze mamy język wielorybów, którego za cholerę, jełopy, nie umiemy ZROZUMIEĆ. Więc nie możemy uznać za tezę naszej hipotezy…
A jeśli chodzi o kulturę rozumianą jako przekazywanie potomstwu NOWOnabytej wiedzy i umiejętności, a więc o wzbogacanie wiedzy swojego gatunku. No cóż, okazało się, że robią to nawet szczury na pewnej odosobnionej wysepce…
Z przyjemnością dowiaduję się nowych rzeczy o umiejętnościach i zdolnościach zwierząt. Bo, przyznaję bez bicia, jestem ich bardziej ciekawa, niż ludzi
Czasami tylko nie potrafię zrozumieć tej burzy na górze, tego ludzkiego oburzenia. Tego ZASKOCZENIA, wynikami badań.
Ja myślałam, że nauka już dawno dowiodła, że nie możemy różnić się od zwierząt, bo my jesteśmy zwierzętami. Ssakami.
Mamy piersi do ssania, macice do przechowywania zarodków i jesteśmy stałocieplni. Zupełnie jak myszy.
A jeśli jesteśmy kolejnym ogniwem łańcucha ewolucji, to znaczy, że między nami a świnkami nie może stać mur. Instynkt przechodzi płynnie w gorące uczucie, na odruchowy wybór nakłada się refleksja i świadomość, potrzeba stada - zawiera w sobie też zabawę i ciekawość Innego, a kobiecość nie zaczyna się na matce Ewie, ale już na kocicy wysyłającej zalotne spojrzenia pod adresem postawnego kocura…
Nie jest mi źle z tym, że jestem zwierzęciem, nie dlatego, że mam niskie poczucie własnej wartości.
Nie jest mi z tym źle - bo mam dobre mniemanie o zwierzętach.
I… bo tak już po prostu jest
Nigdy nie sądziłam, że będę całym sercem i z pełnym oddaniem (zwykle mam jakieś “ale”) wspierać akcję KK. Tę jednak całkowicie popieram

Taki przystojny facet na tym zdjęciu, a się nie rozmnoży - to dopiero jest grzech przeciw Bogu!
W każdym razie fenk ju, fenk ju, smażenie się w piekle z pewnością będzie miłe. Mam tam sporo dobrych znajomych
Zaśpiewaj im Nick, Miłości moja :*
Tak właśnie powiedziała mi moja przyjaciółka - katoliczka, gdy parę lat temu tłumaczyłam jej czemu i kiedy odeszłam od Kościoła. Powiedziała - dojrzejesz do tego.
Dojrzałam. Ale chyba nie do tego o co jej chodziło. Szczególnie w kontekście mojego poprzedniego wpisu w tej kategorii.
Jest cudowną osobą, którą bardzo sobie cenię. I jako przyjaciela, i jako człowieka. I może wcale nie o to jej chodziło, o co myślę, że jej chodziło. Może nie chodziło jej o wątpienie w moją wiarę. Może nie chodziło o wytworzenie obrazu patrzącego na mnie z góry katolickiego półboga, który wierzy we mnie, biedne zagubione dziecko, które zboczyło z JedynieSłusznej drogi, ale w końcu, po latach doświadczeń, wróci na nią, jak syn marnotrawny.
Cenię sobie mądrość każdej religii. Wierzę, że gdzieś tam w kosmicznej, międzywymiarowej pustce tkwi Kosmiczne Źródło wszelkiego istnienia, które na nas, maluczkich, zsyła objawienia, owocujące świętymi księgami. Wierzę, że nieraz te święte księgi zawierają genialnie proste przesłania, spisane językiem niekoniecznie genialnym w swej prostocie. Wierzę, że wszystkie mówią o tym samym Źródle i o mocy, która tkwi w człowieku. Mocy, która pozwalała na to, by, mimo tysięcy lat porażek, człowiek wierzył, że jutro będzie lepsze i że jutro on sam taki będzie. Że kolejny świt wniesie odrobinę światła i miłości w serca najbardziej zatwardziałych złoczyńców. I że ludzkość kiedyś będzie jednią. Że przestanie bombardować samą siebie. Że odnajdziemy siebie w drugim i obcym. Że uśpimy tkwiące w nas demony. Taka wiara - czy ma związek z religią, czy nie ma - jest chyba podstawą wszystkiego, co jako ludzie osiągnęliśmy. I ta wiara czyni nasze życie celowym, ale i bardzo skomplikowanym. Pełnym rozczarowań i nawrotów nadziei.
Tak. dojrzałam do Chrystusa. Do Buddy. Do Mahometa. Do Kardeca. Dojrzałam do szamanów. Do kapłanów. Do tybetańskich mnichów, do druidów, do wołchwów. Dojrzałam do drugiego człowieka. Wiem, że ma swoją prawdę, swoje przeznaczenie i swoją jednostkową rolę. I że nie różni się ode mnie aż tak bardzo, jak kiedyś mi się wydawało. I wiem, że każdy w swoją prawdę wierzy i każdego da się zrozumieć, nawet tych którzy krzywdzą, niszczą, zabijają. Nie znaczy, że da się to zaakceptować. Ale zrozumieć - tak.
I kiedy oglądam Zeitgeista, który jest dla mnie bardzo ważnym filmem. Nie dyskutuję z wątpliwościami co do prawdziwości mitu o istnieniu i życiu Jezusa z Nazaretu. Może nigdy nie istniał. Ale ktoś, kto w tych koszmarnych czasach, gdzieś na Bliskim Wschodzie, w zupełnie niesprzyjających warunkach historycznych, stworzył tak piękne przesłanie dla ludzkości, tak totalnie sprzeczne z obowiązującą wówczas moralnością, prawem, religiami - był po prostu natchniony. I nie jest ważne jak się nazywał i czy jego mamą była Maria, czy miał 12 uczniów. Czy doznał olśnienia na pustyni czy pod drzewem Bodhi. Czy jego uczniowie napisali Ewangelie, czy Koran. Czy bogowie zesłali mu świętą prawdę poprzez usta Anioła Gibraele’a czy poprzez duchy odwiedzające go na seansach spirytystycznych. Nie jest nawet ważne, czy przesłania został kiedyś spisane, czy tylko wyczuwamy je intuicyjnie. Wszystkie te słowa łączą się między sobą we wspólną wizję, dzielą się poprzez nasze jednostkowe interpretacje. Ale same w sobie są tylko wyrazem wiary w możliwości człowieka. W jego zdolność do rozwoju, do czynienia dobra, do bezinteresownej miłości. Są wyrazem wiary w naszą mądrość, w nasz rozsądek.
I chociaż ściany nie były nagie - tylko zabudowane półkami pełnymi różnych tekstów, chociaż odbijały się od tych ścian głosy przyjaciół dyskutujących ze sobą po świt i chociaż były całe pokryte plakatami, notatkami i cytatami - chociaż nigdy nie poraniłam sobie dłoni o ich szorstką fakturę i nigdy nie słyszały jęków samobiczowania - udało mi się dojrzeć. I jest mi z tym dobrze. Znalazłam swoją prawdę. Nie ubieram jej w słowa. Nie szukam dla niej miejsca w systemach i instytucjach religijnych…
Ja, po prostu, święcie w nią wierzę….
… choć takie toto nieuchwytne i zmienne jakieś ![]()
Kościół. Bogowie! Mogłabym tu napisać najdłuższego posta - tylko wypunktowując co mi się w nim nie podoba.
Ostatnio przy okazji kolejnej poprawnej politycznie dyskusji na temat przyszłości kościoła jaka odbyła się w TVP - padło pytanie (oczywiście ironiczne), czy współczesny kościół katolicki powinien udzielać ślubów homoseksualistom, sam przekształcić się w organizację wyłącznie charytatywną. Oczywiście już sama postawa pytającego sugerowała, że właściwa odpowiedź brzmi - nie, absolutnie nie, kościół powinien ingerować w politykę, życie seksualne wiernych, gospodarkę, rozkręcać interesy, nie płacić podatków i wynosić się ponad tłum niemoralnych maluczkich, którzy żyją w grzechu wyznając pogańskich bogów, albo uprawiając seks przed ślubem (o zgrozo).
Niestety - moim zdaniem absolutnie powinien udzielać ślubu wszystkim tym, którzy go pragną i zająć się przede wszystkim pomocą dla potrzebujących. Jestem za takim hippisowskim kościołem, który zamiast grzmieć - uczy ludzi miłości nie słowami, ale własnym przykładem. Miłość fizyczna nie powinna aż tak bardzo zajmować kościoła, to wręcz budzi jakieś podejrzenia. Najważniejsze, że ludzie potrafią w tym zwariowanym świecie się pokochać, odnaleźć, chcieć spędzić ze sobą życie. Jest tyle odcieni miłości, czy płeć naprawdę musi odgrywać tu aż taką rolę?
Chrystus żył w czasach, gdy Rzym był w bardzo dziwnym momencie rozwoju cywilizacyjnego. O ile pamiętam, posiadanie przez Rzymianina małoletniego kochanka było wymogiem społecznym. Źle były widziane związki monogamiczne i do tego wyłącznie heteroseksualne. A mimo tego - jakoś nie pamiętam, by Jezus poświęcił homoseksualizmowi choćby chwilkę swojej uwagi. Chyba uważał, że są ważniejsze rzeczy do zrobienia. Z tego co pamiętam bardziej interesowała go pomoc dla biednych, głodnych, chorych. Miał sporo czasu na uzdrawianie, wygonił kilku handlarzy ze świątyni (przydałoby się dzisiaj kiedy przy okazji Wielkanocy kapłani handlują przed Kościołem Andrzeja Boboli w Warszawie - wodą święconą!!!), gardził mamoną i nawoływał do miłości międzyludzkiej, do pokoju i sprawiedliwości społecznej z cyklu - żeby móc kogoś potępić, sam musisz być bez grzechu, a jesteś?
I nikt, absolutnie nikt mi nie powie, że w ten sposób widziany Jezus nie wymagał - wymagał. Wymagał właśnie tego, z czym dzisiejszy kościół nikomu się nie kojarzy - prawdziwej miłości do drugiego, obcego, Innego człowieka. To najtrudniejsza, najbardziej wymagająca i ucząca pokory lekcja. I nikt mi nie wmówi, ze tak widziany Jezus odpuszczał, że nie walczył wtedy, kiedy ktoś był krzywdzony, atakowany, prześladowany - to właśnie on stanął w obronie “ladacznicy”, pamiętacie jeszcze? To druga trudna lekcja - stanąć przeciwko wszystkim w obronie tego, który cierpi. Ile do tego trzeba odwagi - wie każdy z nas, kto kiedyś wstydził się, że mu jej zabrakło… Wie każdy, kto choć raz zamiast pomóc - sam dał sobie prawo do tego by potępić.
I nie ma tu miejsca na dyskusje typu, ale przecież to ale przecież tamto. Kościół nie ma prawa dzielić ludzi, wyganiać ludzi, którzy do niego przychodzą, nie ma prawa ich osądzać - bo zgodnie z nauką kościoła - prawo do osądzania należy się Bogu, Kościół ma być wsparciem dla wierzących a nawet dla wierzących inaczej, czy niewierzących. Jezus nie dzielił ludzi według wiary czy narodowości. Pamiętacie przypowieść o miłosiernym Samarytaninie?
Każdy człowiek, który cierpi jest Jezusem. To jest jedna z piękniejszych idei naszej cywilizacji. Każdy który kocha bezinteresownie, bezinteresownie niesie pomoc, Nim jest. Mam dość kościoła, który umie tylko krzyżować. Mam dość świętej inkwizycji. Mam dość waszych złotych pierścieni i waszych złotych ołtarzy. Jedyne co jest prawdziwą wartością w kościele - to POSTĘPOWANIE Jezusa. I niestety we współczesnym kościele - widzę go zbyt mało.
Tak więc - kościół powinien być przede wszystkim organizacją charytatywną. Świecić przykładem zamiast tylko wymagać. Właśnie w ten sposób można zasłużyć na szacunek młodych, wymagających i gorących główek waszych uczniów na lekcji katechezy. Jezus nadstawiał drugi policzek, Wy - policzkujecie bez skrupułów. Zapraszam do lektury >>>TU <<<