kwiecień4
Już tak mam, że im szybciej połykam książkę, tym trudniej mi potem o niej z sensem pisać. Ale z drugiej strony - nie po to czytam książki, żeby o nich pisać. Czytam je po to, żeby mnie sobą pochłonęły. I kocham ten stan… I potem mogę mówić tylko “doskonała, fenomenalna, przeczytaj! koniecznie!”
Ale dzisiaj postaram się jakoś tak bardziej z sensem napisać o tych trzech książkach, które pochłonęłam w trzy tygodnie i Bogu dziękować - ich autorzy żyją, mają się dobrze i pisać nie przestają. W końcu na takich trafiłam! A myślałam, że coś się już całkiem złego stało ze mną albo z literaturą fantasy i że nadziei już nie ma. Otóż jest nadzieja - i to obu płci - Marina i Sergiej Diaczenko.
Ukraińscy pisarze - małżeństwo i sama nie wiem od czego by tu zacząć.
Na początku był “Waran”. Nie wiem ile razy tego Warana już miałam wypożyczonego z biblioteki, ale zabrać do niego jakoś się nie mogłam. I w końcu, w kryzysowym momencie nudy beznadziejnej - zaczęłam czytać. I dobrze zrobiłam. Ciężko uwierzyć, że ta książka nie powstała na fali Czarnoksiężnika z Archipelagu, tylko 30 lat po nim. Świetna, uporządkowana fabuła, wiarygodne postaci, niezwykła, mądra opowieść, tak niesamowicie uniwersalna, osadzona w rozbudowanym, osobnym uniwersum, doprowadzona konsekwentnie do końca. Zdecydowanie nie jest to jedna z tych książek, które nazywam “harlequinami fantasy”. Nie jest ani naiwna, ani wymyślana w trakcie pisania, ani uboga językowo. Pierwszy raz od dawna - po prostu nie mam żadnego “ale”. Świetny warsztat pisarski, pomysł i kunszt…
Po lekturze świetnie zapowiadającego się “Volkodava” Siemienowej paskudnie dopowiedzianego nacjonalistyczną, narodowościową wymową filmu powstałego na podstawie tej książki, zostało we mnie głębokie przekonanie, że wszystko co się rodzi za wschodnią granicą skażone już będzie po wsze czasy ledwie wyczuwalną skazą kompleksu narodowowyzwoleńczego, albo chociaż kompleksu wielkiej macierzy Rosji. I małżeństwo Diaczenków uwiodło mnie swoją wyobraźnią absolutnie ponadnarodowościową. Uniwersalną, nie dającą się przyporządkować do niczego. Bo nawet jeśli przy lekturze Warana, wciąż powracałam myślami do Czarnoksiężnika - to jednak nie widzę tu kontynuacji, wzorowania się czy kopiowania - a jedynie nurt.
I może przejadłoby się to wszystko przy kolejnej książce, ale ani Czas Wiedźm, ani Miedziany Król, które czytałam po sobie, a momentami równocześnie, nie przypominają ani Warana, ani siebie nawzajem. To kompletnie inne książki. Całkowicie. Gdyby nie ich piękny język, wartka akcja i nazwisko autorów na okładce - to pewnie miałabym wątpliwości, czy napisali je Ci sami ludzie.
Ani Czas Wiedźm, ani Miedziany Król nie mają już tej uniwersalnej wymowy, tego głębokiego przesłania, co Waran.
Miedziany Król w większym stopniu przypomina typową, przygodową fantasy. Akcja toczy się w tym samym uniwersum co Waran i momentami nawiązuje do tamtej opowieści. Znowu gęsto mi tu od genialnych opisów i głębszych niżby się można spodziewać dialogów. Od pięknego języka, którego ciężko nie docenić. I postaci, z którymi naprawdę ciężko się rozstać.
No ale Czas Wiedźm - to po prostu arcydziełko. I to, co kocham w tej książce najbardziej - ślicznie i sensownie wplecione w fabułę istoty z demonologii słowiańskiej. I w dalszym ciągu nie ma tu żadnego patriotycznego wątku! Wyobraźnia słowiańska, której współcześnie ciężko się w naszej literaturze dopatrzyć, tu została wkomponowana w rzeczywistość całkiem współczesną, niby znaną, niby naszą. Ale gdzie ta akcja się rozgrywa? Tu, czy bardziej na wschód, czy może w ogóle gdzie indziej - ciężko powiedzieć. Wiem tylko, że w wielu momentach przy lekturze miałam po prostu gęsią skórkę, powieść grozy, horror, fantasy? Naprawdę nie mam pojęcia, jak Diaczenkom udaje się tworzyć tak prawdopodobne psychologicznie postaci, i w tak sprawny sposób motywować ich działania i jak to możliwe, żeby czytać bez cienia ironicznego uśmieszku o inkwizycji jeżdżącej tramwajami i cugajstrach wyłapujących nawie w komunikacji miejskiej.
I jest tu życie w całej pełni, chociaż ukryte w, jakby nie było, bajce. Jest to życie, które znamy. Męczące, samotne i nieraz nieznośnie bolesne. Nie ma tu naiwnej historyjki. Nie ma tu jednej scenki, jednej miłostki, jednej historii - zbędnej. Są tu tragedie i nie raz nie dwa miałam ochotę zamknąć książkę, żeby po prostu nie wiedzieć, jak się skończy. A skończy się jak w życiu.
I tylko na samym, samym końcu wejdzie nam tu czysto filozoficzne przesłanie. Może proste, może oczywiste domknięcie historii. Dla mnie odpowiednie, wpisujące się w stworzoną rzeczywistość.
Książki Diaczenków, to może nie Dukaj, którym można się rozkoszować, ale też nie są to przeciętne, kieszonkowe czytadła, które odłożymy na półkę i o których zapomnimy. Z wielką przyjemnością sięgnę po kolejne ich książki, bo każda jest osobna, wyjątkowa, niepowtarzalna i napisana z sensem.
Ja po prostu za nimi tęsknię… Muszę przeczytać je wszystkie, naraz, najlepiej jeszcze dzisiaj! 
A potem z przyjemnością przeczytać je raz jeszcze.
I wiem, że oprócz ochów i achów nie znajdziecie tu nawet wzmianki o treści… ale tak bardzo nie chcę Wam psuć odkrywania tych światów.
Może tylko na koniec jeden akapit z “Czasu Wiedźm” na zachętę:
“Tam, gdzie trzepotało w mroku obfite jeszcze ognisko, stał obecnie leśny Cugajster.
Leśny człowiek, chroniący ludzi przed niawkami, który przybył tylko po to, by pochłonąć kobietę, niawkę, niawę.
I nawet gdyby biała kobieta rozpłynęła się w mroku lasu - człowiek wiedział, jak łatwo Cugajster może ją dogonić. Dogonić w mig.
Zrobił więc krok, zaciskając palce na nieprzydatnej teraz ciupadze. Co może zrobić leśnemu Cugajstrowi kunsztownie wykonana ciupaga, jej ostry kieł? Ludzie znają tylko jeden sposób na powstrzymanie Cugajstra. Skuteczny na krótki czas…
Więc człowiek zrobił krok, rozłożył ręce zapraszającym gestem:
- Zatańczymy? Zatańczymy, dziadziuś?
Leśny twór milczał, a na szerokim obliczu, porośniętym zwiniętą w pierścienie sierścią, widać było ironię. Zbyt blisko była zdobycz, zbyt blisko była niawka, Cugajster nie porzuci polowania nawet dla ulubionej zabawy.
- Zatańczymy? - Mężczyzna dziarsko przykucnął, przytupnął, a ciupaga w jego ręku zawirowała i utworzyła połyskujący krąg.
- Dlaczego stajesz mi na drodze? - zapytał Cugajster.
Jego głos przypominał skrzypienie starej jodły.
Człowiek zatrzymał się, niemal wypuściwszy z rąk toporek.
- Niawka niesie ci śmierć. - Czarne psie wargi Cugajstra rozciągnął kpiący uśmiech. - A ty mimo to nie chcesz, bym ją zabił?
Mężczyzna milczał. Cugajster kiwnął się do przodu:
- Nawet gdybyś pokonał wiedźmę, to niawy i tak nie pokonasz, bo niawa jest częściowo tobą… Nie boisz się żyć i mimo to nie chcesz bym zabił twoją niawę?
Mężczyzna milczał.
- Dobrze - powiedział Cugajster, od jego głosu ciężkie gałęzie jodeł drgnęły wystraszone. - Niech cię twoja niawka zaprowadzi w mgłę nad urwiskiem.
Cugajster odszedł.
Jodłowe gałęzie na jego drodze nawet się nie poruszyły.”